Manic Street Preachers — Journal For Plague Lovers

Posted on 30/07/2009 by

0


W fil­mie François Truffaut „Fahrenheit 451″ wystę­puje przez moment książka „A Journal of the Plague Year” (Dziennik roku zarazy) Daniela Defoe, uzna­wa­nego za pre­kur­sora bry­tyj­skiego powie­ścio­pi­sar­stwa. Strażacy znaj­dują ją i palą w domu głów­nego boha­tera Montaga, gra­ją­cego na dwa fronty książ­ko­wego neo­fity. Cóż, Manic Street Preachers też dużo czy­tają i też mają neo­ficki zapał w sta­wa­niu prze­ciw sys­te­mowi. Co nowego mają do zapro­po­no­wa­nia Brytanii, i nie tylko jej?

(prze­druk recen­zji z lipcowo-sierpniowej „Lampy”, dzięki uprzej­mo­ści redakcji)

manic-journalW końcu czerwca grali w Polsce — byli naj­ja­śniej­szym punk­tem mocno obsa­dzo­nego Szczecin Rock Festiwalu, jak twier­dzi Jarek Szubrycht. Walijskie trio to wete­rani sceny. Grają dłu­żej niż Blur (któ­rzy od dawna nie grają, ale na moment wła­śnie wró­cili) i wciąż mają coś do powie­dze­nia. Żadne walij­skie — grają ściśle po ame­ry­kań­sku. Żadne trio — to był kwar­tet. Dopiero późną jesie­nią 2008 zagi­niony w lutym 1995 roku gita­rzy­sta i woka­li­sta Richey Edwards został ofi­cjal­nie uznany za zmar­łego. Najnowsza płyta Manics jest zbu­do­wana na tek­stach z zeszytu, który parę tygo­dni przed zaginięciem/śmiercią prze­ka­zał on kole­gom z zespołu. Cierpiący na depre­sję i ano­rek­sję Edwards spę­dzał wtedy więk­szość czasu w szpi­ta­lach – reszta zespołu kon­cer­to­wała nawet bez niego, żeby zaro­bić na tera­pię. Napisane w tam­tym nie­do­brym cza­sie tek­sty są jak, nie przy­mie­rza­jąc, słow­niki Kopalińskiego. Każdej pio­sence należy się kil­ka­na­ście przy­pi­sów, a zara­zem każda z osobna, sauté, broni się po pro­stu jako dobra muzyka – to nie są kawałki sta­ru­chów, któ­rzy z braku pomy­słów się­gają po szkice zmar­łego kolegi. Oni z żarli­wo­ścią i z jajem zro­bili bar­dzo, bar­dzo dobrą płytę – mając już na stole nie­sły­cha­nie dobre, mądre teksty.

Kawałek „Me And Stephen Hawking”: gene­tyka i klo­no­wa­nie, rewo­lu­cja sek­su­alna, fizyczne nie­przy­sto­so­wa­nie, wyśmie­wa­nie innego, zapa­śnik Giant Haystacks wal­czący w Bombaju... „Pretension/Repulsion”, nie do skró­ce­nia: „Shards oh shards, the andro­gyny fails / Odalisque by Ingres, extra bones for sale / born.a.graphic vs porn.a.graphic”. Albo „Doors Closing Slowly”, pra­wie że gra­fo­ma­nia, ale wła­snym języ­kiem mówi o popkul­tu­rze, reli­gii i poli­tyce: „Silence is not sacri­fice / cru­ci­fi­xion is the easy life / who threw the first stone? / if the stone is you / for­give them for­sa­ken”... Zamykające płytę „William’s Last Words” to tek­stowo Smithsowskie „Asleep”, tyle że prze­wrot­nie zro­bione na jasnej, opty­mi­stycz­nej melo­dii: „Leave me go Jesus / I love you yeah I love you / just let me go (...) don’t keep me any lon­ger / cos I am really tired / I’d love to go to sleep”. Trudno te słowa stre­ścić, opo­wie­dzieć i na pewno nie da się zaśpie­wać myśli czło­wieka, któ­rego nie ma od tylu lat, w jego zastępstwie.

Tak, tek­sty są świetne. Pochodzą z epoki, kiedy Polska była tysiąc lat za Anglią i resztą cywi­li­zo­wa­nego świata — może dla­tego teraz, tutaj są tak aktu­alne, gorące. Weźmy „I would pre­fer no cho­ice / one bread one milk one food that’s all/I am con­fu­sed I only want one truth/I really don’t mind being lied to” („All Is Vanity”). W Polsce dopiero szu­kamy roz­wią­za­nia There Is No Alternative, nie chcemy zro­zu­mieć, że może go nie być. Łatwiej jest śmiać się ze słu­cha­czy Radia Maryja, któ­rzy nie obcho­dzą psa z kulawą nogą, bo są biedni. Edwards nie godził się na cynizm świata, na pułapkę kon­sump­cji. Sam stał się czę­ścią sys­temu, któ­remu się sprze­ci­wiał, znisz­czyły go ocze­ki­wa­nia, nie­chciana popu­lar­ność — i w końcu nie­zno­śna dla niego cena do zapła­ce­nia, o któ­rej śpie­wał Lesław. Najważniejszy czło­wiek na tej pły­cie nie był naiwny, ale był ide­ali­stą — cały ten zespół to ide­ali­ści, być może bez niego, 15 lat póź­niej, jesz­cze bar­dziej zagu­bieni w o wiele bar­dziej cynicz­nym świe­cie. To może lepiej pośmiać się z Manic Street Preachers, że w XXI wieku zagrali kon­cert w Teatrze im. Karola Marksa w Hawanie i spo­tkali się z Fidelem Castro?

Dziewiąta płyta MSP – zaczy­na­ją­cych jako pun­kowcy, fani The Clash, Sex Pistols – brzmi zupeł­nie nie po bry­tyj­sku. Muzycznie to czy­sta gita­rowa Ameryka. Wystarczy spoj­rzeć na pro­du­centa – Steve Albini, nie ma wię­cej pytań, doj­rzały, ale wciąż surowy Albini. Muzyka jest tu jed­nak zale­d­wie poprawna – owszem, kopie po gło­wie, głasz­cze po twa­rzy, pełna pomy­słów może ścigać się z każdą tego­roczną gita­rową płytą – ale powstała, żeby jesz­cze pod­kre­ślić wyra­zi­ste, wcią­ga­jące tek­sty. O któ­rych można tylko mil­czeć. Piękne, godne uwagi, a zwłasz­cza wczy­ta­nia się nagra­nie. Wyrzuć iPoda, wyrzuć kom­pu­ter, zacznij pisać dziennik...

strona zespołu, myspace

Posted in: recenzje