Przed Nike usiłowałem przeczytać choć część nominowanych książek. Uznałem, że „Inna dusza” pewnie wejdzie do finału i że taka literatura, powiedzmy, popularna da mi rozpęd do czytania kolejnych utworów. Przewidywania sprawdziły się niedokładnie.

inna-duszaW tym roku na wiosennych targach książki przypadkiem usłyszałem, jak pewien laureat Paszportu „Polityki”, narzekając na Nike, twierdził, że w tym roku nagrodę na bank dostanie Orbitowski. Ów laureat na myśli miał zapewne przewidywalność jury, ale na wszelki wypadek uwzględniłem ten głos (w końcu kto ma się znać na nagrodach, jak nie ktoś, kto je dostaje) przy ustalaniu priorytetów czytelniczych. Książka Orbitowskiego nie weszła do finału Nike, jury zaskoczyło laureata, a ja „mam przeczytane” i jestem zadowolony.

Zaznaczam, że poznałem autora osobiście, uważam go za sympatycznego i poważnego człowieka – cenne połączenie. Nie czytałem jego wcześniejszych produkcji poza gazetowo-czasopiśmiennymi oraz blogiem. Cieszę się, że ma w telewizji program, w którym przedstawia widzom twórców mniej znanych, bo facet umie słuchać. Na tyle, na ile mogę to ocenić, nie dolega Orbitowskiemu parcie na szkło.

Na początek problem: „Inna dusza” zwłaszcza w pierwszych rozdziałach jest nasycona tzw. znakami czasu (przedmiotami, które w latach 90. były najbardziej pociągające dla nastolatka). Jako że jestem ze szkoły Pawła Dunin-Wąsowicza, nie mogę przeboleć, iż u Orbitowskiego we wrześniu ’95 Lech Wałęsa jest już byłym prezydentem (wybory przegrał dopiero w grudniu) oraz że w posiadaniu bohaterów są gry „Blood” i „Dungeon Keeper” (obie miały premierę w ’97), a do Polski dotarła nawet konsola PlayStation (premiera w Europie 29 września ’95, w Japonii 3 grudnia ’94).

Dalej to „osadzenie w realiach” przestaje być tak namolne i książka zaczyna działać. Autor postawił przed sobą trudne zadanie: świat pokazuje oczami dwóch bohaterów, z których pierwszy – główny narrator – jest chłopakiem z domu poniżej polskiej średniej. Orbitowski z dużym talentem wyposaża go w cechy nastolatka, daje mu uczucia, wzmacnia je niepewnością siebie, pragnieniem akceptacji, wczesną dojrzałością wymuszoną przez sytuację domową. To ta postać, która próbuje zrozumieć świat i wydarzenia, jakoś przetrwać, nie mając jeszcze żadnego planu na to, co trzeba będzie zrobić, gdy już się przetrwa.

Drugi bohater musi zatem być przeciwieństwem pierwszego. To człowiek, którego ten pierwszy podziwia, często nawet chciałby taki być. Urodzony lider, przyjacielski, zdecydowany, męski, mający fajniejszych rodziców i talent w obszarach, gdzie akurat pierwszemu brakuje. Ten bohater, razem ze swoim wewnętrznym pęknięciem, jest trudniejszy do napisania i nie mam pewności, czy udał się Orbitowskiemu. Jego historia jest opowiedziana w trzeciej osobie, jego motywacje nie są czytelne, a okrucieństwo często przenika w łagodność, jakby tasował karty, z których raz wyjdzie jeden kolor, innym razem drugi, ale paleta jest ograniczona. Trudno usłyszeć głos, który go opowiada, jakby z opowieści wypadła część słów, zdań. Tylko kto je wyciął?

Z jednej strony książka, zwłaszcza wstęp, sugeruje, że drugi to alternatywny los pierwszego. Że to jedna i ta sama osoba. Z drugiej – ich relacja układa się jak w rodzinie. Pierwszy to kobieta, żona: uczuciowy, ale zorganizowany (zwłaszcza w domu), zawsze pół kroku do tyłu, cierpliwy, wyczekujący, czujny, by schować się za winklem, poddający się biegowi wydarzeń z niepewności i z ciekawości, co będzie dalej. Drugi bohater jest w tym związku mężczyzną: kapryśnym, dominującym, kierującym decyzjami innych, uważającym, że wszystko mu się po prostu należy, podejmującym inicjatywę i robiącym głupoty bez wyraźnego powodu. Pierwszy dzieli się przemyśleniami i uczuciami, drugi pozostaje zamknięty, niedostępny.

Reszta bohaterów jest tłem albo „funkcyjnymi”, jak w hollywoodzkich filmach. Zdarzają się w „Innej duszy” działania, których fabuła nie uzasadnia, ale narracja wciąga na tyle, że to nie przeszkadza. W tym sensie książka „gra”: czytelnik albo przerywa lekturę, albo na własną rękę zaczyna zgłębiać relację między parą bohaterów. Z początku zdawało mi się, że to główny narrator ma cechy pisarza, jest typem obserwatora, którego wrażliwość szybko ewoluuje. Teraz jednak uważam, że to drugi jest metaforą artysty, a pierwszego spycham do trudniejszej roli rzemieślnika, kronikarza. Drugi jest tak autodestrukcyjny, tyle umie zniszczyć, że budzi litość. Jego performanse to hochsztaplerka, ale cierpienie jest prawdziwe.

Mimo że za tego rodzaju konstrukcją i opowieścią nie przepadam, przeszedłem „Inną duszę” jak jakąś grę, szybko, w małym transie. Do siódemki roku pewnie bym jej nie dał (bo kojarzy mi się to ze starszymi, mniej lub bardziej sfrustrowanymi autorami), ale coś w niej mnie zaskoczyło, wciągnęło i zagoniło do myślenia.

Dodaj komentarz