Miała być seria przebojowych strzałów, a jest coś więcej. Little White Lies, obecnie trójca, zaczynali jako duet wokalno-gitarowy. Dziś para założycieli – Kasia i Zbyszek – jest małżeństwem, a tytuł płyty odnosi się do ich „relacji w okresie poprzedzającym nagrywanie albumu”. Jakakolwiek była, dobrze przysłużyła się jakości „Days Of Chaos”.

littlewlLaureaci Łódzkiej Płyty Roku 2012 drugi album wydali dzięki wpłatom fanów. Wyprodukował go Paweł Cieślak, którego syntezator Mooga słychać m.in. w świetnym „Mad Mind”. Pulsuje taneczny rytm, porywa ascetyczna basowa partia gitary, a przester słychać tylko w refrenie – podobnie jak w rozpędzonym, dancepunkowym „Heart Of Stone”. To przesunięcie akcentów w stosunku do pierwszej płyty ma sens. Choć Little White Lies zdobyli fanów rockandrollową zadziornością i przebojowością, to Kasia Krenc jako Lady Katee od lat jest obecna na polskiej scenie klubowej, współpracuje z nią m.in. doskonały producent elektroniki Hatti Vatti. Jej głosowi bliżej do r’n’b niż punka.

Po gitarowym debiucie właśnie te „inne” piosenki z „Days Of Chaos” robią największe wrażenie. Little White Lies stopniują napięcie, wywołują do tańca, ale też zaskakują: „Black Forest” brzmi jak przesterowane Joy Division (duża rola perkusisty Piotra Gwadery), równie transowe „Swear And Cry” rozwija się do finału o pełnym, soczystym brzmieniu, „Enough” buja się od bluesa do glam rocka. Oczyszczeniem i ukojeniem po tym kalejdoskopie świetnych pomysłów jest zamykająca płytę ballada „Red Tulips”. Ostatnie słowa na płycie – „oh if we had the courage/ we would have it all” – należy przerobić na czas przyszły.

Tekst ukazał się 31/10/14 w „Gazecie Wyborczej” – w portalu więcej recenzji

Dodaj komentarz