Lenka — Lenka

Posted on 23/02/2010 by

0


Pełen obaw niczym Kasia Kowalska się­ga­łem po debiut Lenki. Jeszcze przed roz­pa­ko­wa­niem płyty dowie­dzia­łem się bowiem z naklejki, że mam do czy­nie­nia z autorką pio­senki z wio­sen­nej ramówki TVN. Kto ma tele­wi­zor, powi­nien chyba koja­rzyć, kto nie — raczej nie zro­zu­mie, o co cho­dzi. W dodatku gwiazda (no a nie?) w poło­wie maja wystą­piła w któ­rymś kolej­nym finale pol­skiego „Tańca z gwiazdami”.

W rodzi­mej Australii była seria­lową akto­reczką, wystę­po­wała rów­nież w pro­gra­mach dla dzieci, pre­zen­tu­jąc kre­skówki — stąd może ta czarodziejsko-ołówkowo-bajkowa okładka. Wypisz, wyma­luj Amelia, tylko dłuż­sze włosy i z anty­po­dów. Teraz mieszka już w L.A., rzu­ciw­szy się w nie­spo­kojne nurty szoł­bizu. Zrozumiałe więc, iż okładka nie infor­muje, kto gra par­tie instru­men­talne w pio­sen­kach Lenki, za to można się dowie­dzieć, kto jest auto­rem fry­zury głów­nej boha­terki, jej maki­jażu etc. Piszę o tym, żeby­śmy wie­dzieli, w jak cza­ro­dziej­skiej jeste­śmy bajce.

Muzycznie sie­dzi to na gałę­ziach sąsied­nich w sto­sunku do łagod­niej­szych ema­na­cji Lily Allen oraz zwy­czaj­nego ostat­nio bia­do­le­nia à la Kate Nash. Piosenki. Do bólu pio­senki, aku­styczne, czę­ściej nie­stety ślama­zarne niż żwawe. Wdzięczna, naiwna, dziew­częca pio­se­neczka „The Show”, czyli wła­śnie ten prze­bój ramówki, wybija się na plus. Włazi w ucho. Podmiot liryczny jest, co tu dużo mówić, do bólu nor­malny: „I’m just a lit­tle girl lost in the moment / I’m so sca­red but I don’t show it”. Utożsamić się z tymi sło­wami może zapewne jakaś jedna czwarta popu­la­cji, z melo­dią pój­dzie rów­nie gładko. Gdy już się utoż­sami, zyskuje roz­wią­za­nie kło­po­tów — należy się wylu­zo­wać i cie­szyć tytu­ło­wym show. Z grub­sza wszystko w tym stylu, aż do koń­czą­cego, chó­ral­nego „I want my money back” (to się raczej nie zała­pało do reklamy ramówki — jeśli się mylę, pisz­cie do „Lampy”).

To nie błąd robić w popie. Ta płyta jest cał­kiem nie­zła, przy­naj­mniej w tych frag­men­tach, w któ­rych Lenka się nie mazgai ani nie usy­pia swoim deli­kat­nym, bar­dzo natu­ral­nym gło­si­kiem. Głos ma w porządku, przy­naj­mniej do tych bez­tro­skich, pogod­nych pod­kła­dów. Nie wyobra­żam sobie do tego śpiewu przy­kła­do­wej Gaby Kulki. Która jest super, ma kawał głosu, wie, czego chce — ale na nagra­niach brzmi, jakby wyszła wła­śnie z zajęć w wyż­szej szkole muzycz­nej. Lenka ma odwrot­nie: nie tylko melo­diami, ale nawet swoją barwą, arty­ku­la­cją musi dowo­dzić, jak bar­dzo jest girl next door.

To musi budzić podej­rze­nia. Skoro część mate­riału muzycz­nego dosko­nale nadaje się do sobot­niego odku­rza­nia i mycia okien, a druga część do picia kawy w mięk­kim fotelu w sło­neczne popo­łu­dnie, to wypada jesz­cze raz zer­k­nąć w tek­sty (nie­stety brak ich w skrom­nej kra­jo­wej edy­cji płyty, ale od czego jest inter­net). Są tak ide­al­nie lek­ko­strawne... Przyswajamy z nich rady doty­czą­cego tego, żeby korzy­stać z każ­dej chwili, bo one tak szybko mijają — że wszystko, co można zro­bić, to brać to, co zostało nam dane. Będzie dobrze. Znajdujemy w nich dzielną i samo­dzielną dziew­czynę, która mar­twi się raczej o chłopa, który ją zosta­wia, niż o sie­bie. Temat miłosno-rozstaniowy — jak to w bab­skim popie — ma zresztą na tej pły­cie repre­zen­ta­cję rów­nie bogatą jak na nagra­niach hipho­po­wych temat jara­nia blan­tów na ławce. I jesz­cze... I to już chyba wszyst­kie główne tematy. Jest ich nie­wiele wię­cej niż tema­tów muzycz­nych, może nawet mniej. Kate Nash ma lep­sze tek­sty, Kulka ma lep­szą muzykę i głos, który wię­cej może, a Lenka ma ramówkę TVN. No bo serio: dla kogoś jed­nak musi być prze­ko­nu­jąca — jak na debiut to chyba nie tra­ge­dia. Wspaniały pre­zent dla czło­wieka bez właściwości.

Recenzja była umiesz­czona w nume­rze 6/2009 mie­sięcz­nika „Lampa” i trudno powie­dzieć, czemu tak długo trwało wrzu­ce­nie jej tu.

myspace, face­book, kanał youtube Lenki

Tagged: , ,
Posted in: recenzje