Lao Che — Gospel

Posted on 19/08/2008 by

0


Bóg jeden wie (nomen omen), ile ście­żek nagrano na rekla­mo­waną przez zespół taśmę magne­tyczną. Biorąc pod uwagę wia­do­mo­ści o wie­lo­mie­sięcz­nej pracy nad nagra­niem płyty, nie dziwi też wra­że­nie zmę­cze­nia tym mate­ria­łem, braku świeżości.

laoche-gospelLao Che nagrali trze­cią płytę już pół roku temu, a ostat­nio można ich było oglą­dać na wszyst­kich więk­szych festi­wa­lach. Widziałem ich w Mysłowicach, rów­nież parę dni wcze­śniej na dar­mo­wym kon­cer­cie w Parku Praskim. Dlaczego piszę o kon­cer­tach? Bo moim zda­niem to kon­cer­towy zespół jest. Ale zacznijmy od tego, od czego zaczęło Lao Che.

Warstwa dźwię­kowa „Gospelu” poprze­dzona jest tek­stami opi­su­ją­cymi „o co cho­dzi” umiesz­czo­nymi na okładce (tu po angiel­sku) i na stro­nie zespołu. Zupełnie nie­po­trzeb­nie, muzyka powinna bro­nić się sama, a jeśli tak nie jest — nie pomoże naj­lep­sza agen­cja rekla­mowa. Co daje infor­ma­cja, że the album touches irony and parody of reality? Dowiadujemy się o zaadop­to­wa­niu przez zespół meto­dyki dzia­ła­nia, czyżby ta wcze­śniej była sie­rotką? I tak dalej, i tak dalej. Sporo za to wyja­śnia fraza: przy­wo­ła­li­śmy rado­sne wibra­cje, pobu­dza­jące do ruchu i elek­try­zu­ją­cego odbioru.

W Mysłowicach zespół poka­zał się na sce­nie w sile dwu­na­stu lub wię­cej osób. Trudno było się doli­czyć, oprócz zna­nego, i tak spo­rego sied­mio­oso­bo­wego składu zapre­zen­to­wała się m.in. sek­cja dęta oraz woka­li­sta wspo­ma­ga­jący lidera grupy Spiętego. Publiczność była dzięki temu rze­czy­wi­ście lepiej pobu­dzona do ruchu i elek­try­zu­ją­cego odbioru. Nawet jeśli nie wszystko było sły­chać, nie wszystko widać, to muzycy mieli tę swoją radość i sze­ro­kim gestem zara­żali nią widow­nię. Wszyscy uśmiech­nięci, zado­wo­leni, cho­ciaż cie­plej przy­jęto stare kawałki z „Powstania Warszawskiego” niż nowe z „Gospel”.

Liczebność składu kon­cer­to­wego ma pomóc ode­grać kawałki z „Gospel” na żywo w moż­li­wie naj­lep­szej for­mie. Dochodzimy tutaj do pro­blemu tej płyty. Otóż poszcze­gólne utwory wydają się prze­sy­cone kolej­nymi war­stwami muzyki, prze­aran­żo­wane. Pełno dźwię­ków, o każde spo­koj­niej­sze pół sekundy rywa­li­zują sam­ple, kla­wi­sze i prze­szka­dzajki, per­ku­sja. Bóg jeden wie (nomen omen), ile ście­żek nagrano na rekla­mo­waną przez zespół taśmę magne­tyczną. Biorąc pod uwagę wia­do­mo­ści o wie­lo­mie­sięcz­nej pracy nad nagra­niem płyty, nie dziwi też wra­że­nie zmę­cze­nia tym mate­ria­łem, braku świeżości.

Trudno nie pamię­tać o wyda­nym trzy lata temu „Powstaniu”, pły­cie peł­nej ener­gii, gdzie wszystko miało swoje miej­sce i sens. W porów­na­niu z tym ważną dla pol­skiej muzyki płytą „Gospel” robi wra­że­nie sła­biut­kie. Porzucenie nar­ra­cyj­no­ści na rzecz kon­wen­cji zwrotka-refren jest porażką, bo Lao Che melo­die robi kiep­skie. „PW” bazo­wało na ener­gii i żywio­ło­wo­ści — na „Gospelu” jest męka, trudno dotrwać do końca utwo­rów. Kolejna róż­nica: tym razem zespół nie powstrzy­mał się przed umiesz­cze­niem na albu­mie wypeł­nia­czy. Na osłodę są okropne chórki w „Hydropiekłowstąpieniu”. Jest nie­szczę­sna maniera Spiętego, któ­rej pozbywa się chyba tylko w wol­niej­szych utwo­rach, a nie brak momen­tów, gdy nią epa­tuje (nie wia­domo po co). O zdu­mie­nie przy­pra­wia tzw. zabawa sło­wem („Zbawiciel Diesel” i nie tylko) — pro­po­nuję tek­ścia­rzowi zapo­znać się z pły­tami Janerki i odpu­ścić ten kie­ru­nek. Na „PW” udało się wyko­rzy­stać tek­sty innych i było dobrze, może to jest sposób?

Krótko mówiąc, jest wesoło i skocz­nie, muzycy z sie­bie zado­wo­leni. Nie wia­domo czemu, bo w porów­na­niu z poprzed­nią płytą zano­to­wali raczej upa­dek niż pro­gres — melo­die nie wycho­dzą, tek­sty słabe, kawałki nudne, bo prze­wi­dy­walne. Na kon­cer­cie można się bawić wręcz zna­ko­mi­cie, ale po co zaraz to nagry­wać? Rozumiem pod­nie­ce­nie, jakie dają „nagry­wa­nie wszyst­kiego na ana­lo­gach”, fajne brzmie­nie płyty, radość z obco­wa­nia z gro­nem fanów „Powstania” siłą roz­pędu kibi­cu­ją­cych „Gospelowi”. Mam jed­nak wra­że­nie, że zespół się koń­czy, staje się ekipą gra­jącą fajną skoczną muzyczkę na faj­nych kon­cer­ci­kach, a mającą pro­blem w stu­diu. Jakoś bro­nią się jesz­cze kawałki nawią­zu­jące dyna­micz­nie do „PW”, ale i tak psuje je albo maniera woka­li­sty („Do syna Józefa Cieślaka”, „Zbawiciel Diesel”), albo tek­sty („Czarne kow­boje”, „Zbawiciel...”).

Moim zda­niem przy­da­łoby się odświe­że­nie for­muły grupy, bo następna płyta grozi kom­pro­mi­ta­cją. Być może Spięty powi­nien roz­wa­żyć pój­ście ścieżką Kazika, Nosowskiej, Grabaża, któ­rzy na pew­nym eta­pie porzu­cili swoje zbyt zwią­zane legendą i za cia­sne dla nich zespoły, żeby nagrać dobre płyty bez nich. Bardzo chęt­nie też usły­szał­bym Lao Che w czte­ro­oso­bo­wym, roken­dro­lo­wym skła­dzie. Może wtedy ener­gii nie przy­kry­łoby pie­czo­ło­wite roz­pi­sy­wa­nie utwo­rów na dwa­na­ście osób.

strona zespołu, myspace

ocena: 3/10, rozczarowanie.

Tagged: , ,
Posted in: recenzje