Bóg jeden wie (nomen omen), ile ścieżek nagrano na reklamowaną przez zespół taśmę magnetyczną. Biorąc pod uwagę wiadomości o wielomiesięcznej pracy nad nagraniem płyty, nie dziwi też wrażenie zmęczenia tym materiałem, braku świeżości.
Lao Che nagrali trzecią płytę już pół roku temu, a ostatnio można ich było oglądać na wszystkich większych festiwalach. Widziałem ich w Mysłowicach, również parę dni wcześniej na darmowym koncercie w Parku Praskim. Dlaczego piszę o koncertach? Bo moim zdaniem to koncertowy zespół jest. Ale zacznijmy od tego, od czego zaczęło Lao Che.
Warstwa dźwiękowa „Gospelu” poprzedzona jest tekstami opisującymi „o co chodzi” umieszczonymi na okładce (tu po angielsku) i na stronie zespołu. Zupełnie niepotrzebnie, muzyka powinna bronić się sama, a jeśli tak nie jest — nie pomoże najlepsza agencja reklamowa. Co daje informacja, że the album touches irony and parody of reality? Dowiadujemy się o zaadoptowaniu przez zespół metodyki działania, czyżby ta wcześniej była sierotką? I tak dalej, i tak dalej. Sporo za to wyjaśnia fraza: przywołaliśmy radosne wibracje, pobudzające do ruchu i elektryzującego odbioru.
W Mysłowicach zespół pokazał się na scenie w sile dwunastu lub więcej osób. Trudno było się doliczyć, oprócz znanego, i tak sporego siedmioosobowego składu zaprezentowała się m.in. sekcja dęta oraz wokalista wspomagający lidera grupy Spiętego. Publiczność była dzięki temu rzeczywiście lepiej pobudzona do ruchu i elektryzującego odbioru. Nawet jeśli nie wszystko było słychać, nie wszystko widać, to muzycy mieli tę swoją radość i szerokim gestem zarażali nią widownię. Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, chociaż cieplej przyjęto stare kawałki z „Powstania Warszawskiego” niż nowe z „Gospel”.
Liczebność składu koncertowego ma pomóc odegrać kawałki z „Gospel” na żywo w możliwie najlepszej formie. Dochodzimy tutaj do problemu tej płyty. Otóż poszczególne utwory wydają się przesycone kolejnymi warstwami muzyki, przearanżowane. Pełno dźwięków, o każde spokojniejsze pół sekundy rywalizują sample, klawisze i przeszkadzajki, perkusja. Bóg jeden wie (nomen omen), ile ścieżek nagrano na reklamowaną przez zespół taśmę magnetyczną. Biorąc pod uwagę wiadomości o wielomiesięcznej pracy nad nagraniem płyty, nie dziwi też wrażenie zmęczenia tym materiałem, braku świeżości.
Trudno nie pamiętać o wydanym trzy lata temu „Powstaniu”, płycie pełnej energii, gdzie wszystko miało swoje miejsce i sens. W porównaniu z tym ważną dla polskiej muzyki płytą „Gospel” robi wrażenie słabiutkie. Porzucenie narracyjności na rzecz konwencji zwrotka-refren jest porażką, bo Lao Che melodie robi kiepskie. „PW” bazowało na energii i żywiołowości — na „Gospelu” jest męka, trudno dotrwać do końca utworów. Kolejna różnica: tym razem zespół nie powstrzymał się przed umieszczeniem na albumie wypełniaczy. Na osłodę są okropne chórki w „Hydropiekłowstąpieniu”. Jest nieszczęsna maniera Spiętego, której pozbywa się chyba tylko w wolniejszych utworach, a nie brak momentów, gdy nią epatuje (nie wiadomo po co). O zdumienie przyprawia tzw. zabawa słowem („Zbawiciel Diesel” i nie tylko) — proponuję tekściarzowi zapoznać się z płytami Janerki i odpuścić ten kierunek. Na „PW” udało się wykorzystać teksty innych i było dobrze, może to jest sposób?
Krótko mówiąc, jest wesoło i skocznie, muzycy z siebie zadowoleni. Nie wiadomo czemu, bo w porównaniu z poprzednią płytą zanotowali raczej upadek niż progres — melodie nie wychodzą, teksty słabe, kawałki nudne, bo przewidywalne. Na koncercie można się bawić wręcz znakomicie, ale po co zaraz to nagrywać? Rozumiem podniecenie, jakie dają „nagrywanie wszystkiego na analogach”, fajne brzmienie płyty, radość z obcowania z gronem fanów „Powstania” siłą rozpędu kibicujących „Gospelowi”. Mam jednak wrażenie, że zespół się kończy, staje się ekipą grającą fajną skoczną muzyczkę na fajnych koncercikach, a mającą problem w studiu. Jakoś bronią się jeszcze kawałki nawiązujące dynamicznie do „PW”, ale i tak psuje je albo maniera wokalisty („Do syna Józefa Cieślaka”, „Zbawiciel Diesel”), albo teksty („Czarne kowboje”, „Zbawiciel...”).
Moim zdaniem przydałoby się odświeżenie formuły grupy, bo następna płyta grozi kompromitacją. Być może Spięty powinien rozważyć pójście ścieżką Kazika, Nosowskiej, Grabaża, którzy na pewnym etapie porzucili swoje zbyt związane legendą i za ciasne dla nich zespoły, żeby nagrać dobre płyty bez nich. Bardzo chętnie też usłyszałbym Lao Che w czteroosobowym, rokendrolowym składzie. Może wtedy energii nie przykryłoby pieczołowite rozpisywanie utworów na dwanaście osób.

Posted on 19/08/2008 by Jacek Świąder
0