Kristen — Western Lands

Posted on 10/12/2010 by

0


Pięć lat po ostat­niej pły­cie „Night Store” Kristen poda­ro­wali słu­cha­czom 28 minut muzyki. Nie nama­wiają do zakupu cegły. Prawie dwa razy dłuż­szy war­szaw­ski kon­cert to potwier­dził. Precyzyjnie wie­dzą, co robią.

Krainy Zachodu. Jak cho­dzi o te pol­skie, pro­sta sprawa — któ­re­goś dnia budzisz się ze świa­do­mo­ścią, że twoje łóżko stoi w miej­scu jesz­cze nie­dawno nale­żą­cym do kogoś zupeł­nie innego, mówią­cego w innym języku. Druga strona medalu — ty powi­nie­neś był od samego początku budzić się w łóżku sto­ją­cym setki kilo­me­trów stąd. Twojego miej­sca już nie ma. Odkrywasz więc dzień po dniu obce tery­to­rium, które pozo­sta­nie takim na zawsze. Szabrujesz. Twoje są „trees of Britain/ kites of Bulgaria/ flo­wers of Siberia/ and the birds of Spain” („Firework”). Mimo wszystko, o ile dobrze zro­zu­mia­łem, „jeśli napad się nie uda, do połu­dnia będę spłukany”.

Michał Biela jest chyba fanem Phila Elveruma z The Microphones/Mount Eerie, i wydaje się, że ma z nim sporo wspól­nego. Obaj mają tajem­ni­czy kon­takt z tym, co ponad­ludz­kie, mają deli­kat­ność, kosmiczne wyob­co­wa­nie i jesz­cze cha­ry­zmę. Zestaw cech czy może prze­ja­wów oso­bo­wo­ści, które pasują mi też do zmar­łego ostat­nio Henryka Mikołaja Góreckiego. On także miał kawałki kon­tem­pla­cyjne i kru­che, miał też opę­tań­czo hała­śliwe, miał pokom­pli­ko­wane i zakrę­cone — i przej­rzy­ste jak spoj­rze­nie dziecka. Jak stru­mień, w taki spo­sób wła­śnie. I Biela, ze wspar­ciem Łuka­sza i Mateusza Rychlickich, tak samo.

Płyta inten­sywna, gęsta i bar­dzo zmienna. Brzmiąca jak nic na świe­cie. Zejście pod zie­mię („Down Underground”) na początku i pod­ziemny kawa­łek („Underground Tune”) na końcu, w środku sześć pio­se­nek, malun­ków, form mniej­szych i więk­szych. Otwarcie jak przez mgłę, jak przez tony ziemi, basowe, buczące. Rytm opa­tu­lony w ciem­ność, miękki głos Michała Bieli brzmi nie­re­al­nie, jest stłu­miony. Przekładaniec brzmień i — rozu­miem, że to robota Etamskiego, współ­pra­cu­ją­cego przy pły­cie elek­tro­nika — roz­sypka dźwię­ków. Cały (1:19) następny utwór to roz­wi­nię­cie tematu tej prze­pa­lo­nej jarze­niówki, nowe efekty i fil­try. Frapujące i, wbrew mojemu nędz­nemu opi­sowi, cie­kawe po pro­stu. Dalej „The Loot” — potężny riff Bieli i coś jak „Ulice San Francisco” wygrane z udzia­łem trąb. I domi­nu­jące na pły­cie, moto­ryczne, pędzące „We Want To Weave A Pattern” przy­wo­dzące na myśl patenty grupy Ewa Braun ze Słupska. To zna­czy gęsto buczący bas (Biela gra go na gita­rze bary­to­no­wej), plamy prze­ste­ro­wa­nej gitary i do tego coś w rodzaju moty­wów, drob­nych melo­dii, warstw dźwię­ków — raz jed­nej gitary, raz dru­giej. Jak gra­łaby Ewa Braun w roku 2010?

Wydaje mi się, że Kristen już na poprzed­niej pły­cie, pięć lat temu, nie mie­ścili się w albu­mo­wym for­ma­cie. Nie z powodu nie­kon­se­kwen­cji, wła­śnie odwrot­nie — dla swo­jej bez­kom­pro­mi­so­wo­ści. Nowa jest pod tym wzglę­dem „taka sama, tylko bar­dziej”. Przeważnie album to coś w rodzaju dźwię­ko­wej książki — roz­działy, nar­ra­cja, wątek główny i poboczne. Państwo ze Szczecina zaj­mują się wyda­wa­niem art­zinu, usta­wia­niem obok sie­bie rze­czy z róż­nych dzie­dzin, epok — bar­dziej jak kura­to­rzy niż arty­ści. Raz są liryczni, dwa rąbią drwa. Malują — pędz­lem, mopem, dia­blim chwo­stem, piór­kiem. Nie pozwa­lają oddy­chać, tylko sami decy­dują, jak oddy­chasz. Umiejętność pano­wa­nia nad słu­cha­czem  — 10. Kristen dają prze­cież bar­dzo krótki występ, wycho­dzi jakieś pięć minut za każdy rok od „Night Store”, tro­chę ponad sekundę na dzień. Dają prze­cież jed­nak bar­dzo dużo — przeżycie.

myspace, fej­sior

Posted in: recenzje