Pięć lat po ostat­niej pły­cie „Night Store” Kristen poda­ro­wa­li słu­cha­czom 28 minut muzy­ki. Nie nama­wia­ją do zaku­pu cegły. Prawie dwa razy dłuż­szy war­szaw­ski kon­cert to potwier­dził. Precyzyjnie wie­dzą, co robią.

Krainy Zachodu. Jak cho­dzi o te pol­skie, pro­sta spra­wa - któ­re­goś dnia budzisz się ze świa­do­mo­ścią, że two­je łóż­ko stoi w miej­scu jesz­cze nie­daw­no nale­żą­cym do kogoś zupeł­nie inne­go, mówią­ce­go w innym języ­ku. Druga stro­na meda­lu - ty powi­nie­neś był od same­go począt­ku budzić się w łóż­ku sto­ją­cym set­ki kilo­me­trów stąd. Twojego miej­sca już nie ma. Odkrywasz więc dzień po dniu obce tery­to­rium, któ­re pozo­sta­nie takim na zawsze. Szabrujesz. Twoje są „tre­es of Britain/ kites of Bulgaria/ flo­wers of Siberia/ and the birds of Spain” („Firework”). Mimo wszyst­ko, o ile dobrze zro­zu­mia­łem, „jeśli napad się nie uda, do połu­dnia będę spłu­ka­ny”.

Michał Biela jest chy­ba fanem Phila Elveruma z The Microphones/Mount Eerie, i wyda­je się, że ma z nim spo­ro wspól­ne­go. Obaj mają tajem­ni­czy kon­takt z tym, co ponad­ludz­kie, mają deli­kat­ność, kosmicz­ne wyob­co­wa­nie i jesz­cze cha­ry­zmę. Zestaw cech czy może prze­ja­wów oso­bo­wo­ści, któ­re pasu­ją mi też do zmar­łe­go ostat­nio Henryka Mikołaja Góreckiego. On tak­że miał kawał­ki kon­tem­pla­cyj­ne i kru­che, miał też opę­tań­czo hała­śli­we, miał pokom­pli­ko­wa­ne i zakrę­co­ne - i przej­rzy­ste jak spoj­rze­nie dziec­ka. Jak stru­mień, w taki spo­sób wła­śnie. I Biela, ze wspar­ciem Łukasza i Mateusza Rychlickich, tak samo.

Płyta inten­syw­na, gęsta i bar­dzo zmien­na. Brzmiąca jak nic na świe­cie. Zejście pod zie­mię („Down Underground”) na począt­ku i pod­ziem­ny kawa­łek („Underground Tune”) na koń­cu, w środ­ku sześć pio­se­nek, malun­ków, form mniej­szych i więk­szych. Otwarcie jak przez mgłę, jak przez tony zie­mi, baso­we, buczą­ce. Rytm opa­tu­lo­ny w ciem­ność, mięk­ki głos Michała Bieli brzmi nie­re­al­nie, jest stłu­mio­ny. Przekładaniec brzmień i - rozu­miem, że to robo­ta Etamskiego, współ­pra­cu­ją­ce­go przy pły­cie elek­tro­ni­ka - roz­syp­ka dźwię­ków. Cały (1:19) następ­ny utwór to roz­wi­nię­cie tema­tu tej prze­pa­lo­nej jarze­niów­ki, nowe efek­ty i fil­try. Frapujące i, wbrew moje­mu nędz­ne­mu opi­so­wi, cie­ka­we po pro­stu. Dalej „The Loot” - potęż­ny riff Bieli i coś jak „Ulice San Francisco” wygra­ne z udzia­łem trąb. I domi­nu­ją­ce na pły­cie, moto­rycz­ne, pędzą­ce „We Want To Weave A Pattern” przy­wo­dzą­ce na myśl paten­ty gru­py Ewa Braun ze Słupska. To zna­czy gęsto buczą­cy bas (Biela gra go na gita­rze bary­to­no­wej), pla­my prze­ste­ro­wa­nej gita­ry i do tego coś w rodza­ju moty­wów, drob­nych melo­dii, warstw dźwię­ków - raz jed­nej gita­ry, raz dru­giej. Jak gra­ła­by Ewa Braun w roku 2010?

Wydaje mi się, że Kristen już na poprzed­niej pły­cie, pięć lat temu, nie mie­ści­li się w albu­mo­wym for­ma­cie. Nie z powo­du nie­kon­se­kwen­cji, wła­śnie odwrot­nie - dla swo­jej bez­kom­pro­mi­so­wo­ści. Nowa jest pod tym wzglę­dem „taka sama, tyl­ko bar­dziej”. Przeważnie album to coś w rodza­ju dźwię­ko­wej książ­ki - roz­dzia­ły, nar­ra­cja, wątek głów­ny i pobocz­ne. Państwo ze Szczecina zaj­mu­ją się wyda­wa­niem art­zi­nu, usta­wia­niem obok sie­bie rze­czy z róż­nych dzie­dzin, epok - bar­dziej jak kura­to­rzy niż arty­ści. Raz są lirycz­ni, dwa rąbią drwa. Malują - pędz­lem, mopem, dia­blim chwo­stem, piór­kiem. Nie pozwa­la­ją oddy­chać, tyl­ko sami decy­du­ją, jak oddy­chasz. Umiejętność pano­wa­nia nad słu­cha­czem  - 10. Kristen dają prze­cież bar­dzo krót­ki występ, wycho­dzi jakieś pięć minut za każ­dy rok od „Night Store”, tro­chę ponad sekun­dę na dzień. Dają prze­cież jed­nak bar­dzo dużo - prze­ży­cie.

myspa­ce, fej­sior

One thought on “Kristen - Western Lands”

Dodaj komentarz