Klaxons — Surfing The Void

Posted on 06/10/2010 by

0


Zaskoczyć kogo­kol­wiek czym­kol­wiek w dzi­siej­szych cza­sach? Duży wyczyn. W 2007 roku doko­nali tego chłopcy z Klaxons. Połączyli house z roc­kiem, dopro­wa­dza­jąc do eks­ta­tycz­nych spa­zmów (to aku­rat żaden wyczyn) bry­tyj­ską prasę muzyczną, która poczuła się w obo­wiązku obwo­łać mło­dzia­ków kró­lami nowego gatunku nu rave. Uwagę przy­ku­wały rów­nież tek­sty, osa­dzone w świe­cie science fic­tion, gwiezd­nych podróży, Atlantydy, wzbo­ga­cone odwo­ła­niami do Pynchona, Prousta i tuzi­nów innych panów. Debiut „Myths Of The Near Future” poko­nał w walce o pre­sti­żową Mercury Music Prize m.in. Amy Winehouse. Przyszłość, o któ­rej śpie­wali, wyda­wała się świe­tli­sta jak zło­ci­ste skany.

Niestety, jak „NME” kimś się zachwyca, można się zakła­dać, że za dwa lata sytu­acja chwi­lo­wych ulu­bień­ców będzie opła­kana. Najpierw poja­wiły się inne zespoły nowego „gatunku” (naj­pierw był gatu­nek, potem zespoły, świeża kon­cep­cja) — co jeden, to gor­szy. Klaxons posta­no­wili wygrze­bać się ze swo­jej szu­fladki, ogło­sili, że nu rave nie ist­nieje, po czym wydali kiep­sko przy­jęty mixtape. Potem wytwór­nia kate­go­rycz­nie odmó­wiła wyda­nia nowo nagra­nego mate­riału, infor­mu­jąc, że jest „zbyt eks­pe­ry­men­talny”, co można rozu­mieć jako „nawet my tego nie sprze­damy”. Nasi boha­te­ro­wie pokor­nie wró­cili do stu­dia z nowym pro­du­cen­tem Rossem Robinsonem, zna­nym głów­nie ze współ­pracy z Kornem i Limp Bizkit.

Efekty współ­pracy są bar­dziej roc­kowe niż dotych­cza­sowe doko­na­nia, ale prze­bóg, kto słu­chał uważ­nie i nie przej­mo­wał się met­kami, już z „Mitów...” wycią­gnął wnio­sek, że to zupeł­nie typowa kapela indie, może bar­dziej od innych na bie­żąco z nowo­cze­snymi brzmie­niami. „Golden Skans” czy „Gravity’s Rainbow” są wyjąt­kowe nie przez dance’owe patenty, ale wspa­niałe refreny, wbi­ja­jące się w głowę jak świetlny miecz Luke’a Skywalkera. „Surfing The Void” zaczyna się od „Echoes”, god­nego rywala wyżej wymie­nio­nych prze­bo­jów. Natrętny kla­wisz ładnie współ­brzmi ze ścianą gitar, bas baun­suje, a James Righton infor­muje, że echa obcych świa­tów śpie­wają mu sere­nady. Wszystko po sta­remu, znaczy.

Jeśli komuś podoba się ten utwór, spodoba się też reszta płyty, więk­szość kawał­ków jest bowiem zbu­do­wana ana­lo­gicz­nie. Najmniej udały się naj­bar­dziej taneczna „Venusia”, zupeł­nie bez pomy­słu, oraz cięż­kie „Cypherspeed” i „Extra Astronomical”. Pocieszające jest, że Klaxons wypa­dają lepiej nie wtedy, gdy chcą koniecz­nie przy­ła­do­wać albo koniecz­nie potań­czyć, ale kiedy sku­piają się na melo­dii i jej roz­wi­nię­ciu. Daje to nadzieję na kolejne tak udane numery jak ener­giczne „Valley Of The Calm Trees” i „Twin Flames” z ładnym dia­lo­giem woka­li­stów w zwrotce i wple­cio­nym frag­men­tem kla­sycz­nego „Baby, ach te baby” Eugeniusza Bodo. Serio.

Podwójne ognie” to, przy oka­zji, rzadka próba zej­ścia na zie­mię z kosmosu, opisu rze­czy­wi­sto­ści bez sło­necz­nych wia­trów, dia­men­to­wych pyłów, obcych cywi­li­za­cji, entro­pii, czyli codzien­nego świata człon­ków Klaxons. Wyszła z tej próby wizja dwóch pło­mieni wznie­ca­ją­cych się i łączą­cych — zupeł­nie przy­zwo­ita meta­fora związku. Dla rów­no­wagi, kolejny tekst zaczyna się od mgła­wic srebr­nych dys­ków i porzą­dek zostaje przywrócony.

Przystępowałem do „Surfowania po próżni”, nie mając nadziei na zbyt wiele, i zosta­łem przy­jem­nie zasko­czony. Klaxons poka­zali, że nie wyróż­nia ich wyima­gi­no­wane nowa­tor­stwo czy prze­ła­my­wa­nie barier. Ich talent to kom­po­no­wa­nie chwy­tli­wych pio­se­nek. Tylko tyle i aż tyle.

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje