Kim Nowak — Kim Nowak

Posted on 08/07/2010 by

0


Fisz i Emade to w pol­skiej muzyce oko­ło­hi­pho­po­wej duet cudow­nie ory­gi­nalny. Przez dzie­sięć lat, które upły­nęły od wyda­nia debiu­tanc­kiej płyty „Polepione dźwięki”, mieli mnó­stwo pomy­słów na sie­bie. Z każdą płytą coraz wię­cej w nich pew­no­ści, umie­jęt­no­ści kom­po­zy­cji i aran­żo­wa­nia, a także radze­nia sobie z kon­cer­tową publicznością.

Wychowani w arty­stycz­nym domu, otwarci i cie­kawi, w tym samym stop­niu co muzy­kami są słu­cha­czami, zgod­nie z postu­la­tem Ryszarda Kapuścińskiego doty­czą­cym pisa­rzy. Są synami Wojciecha Waglewskiego, jak oni uza­leż­nio­nego od muzyki — gita­rzy­sty, kom­po­zy­tora, tek­ścia­rza i woka­li­sty. Jasne, że bun­to­wali się, także muzycz­nie, prze­ciw ojcu, z któ­rym dziś Fisz pro­wa­dzi audy­cję w radio­wej „Trójce” — impo­no­wał im metal, punk rock, hard­core, w końcu zde­cy­do­wali się na muzykę elek­tro­niczną, bitową, i to z nią wyszli do publicz­no­ści. Od hip-hopu przez jazz i elek­tro­niczne eks­pe­ry­menty dotarli do żywego, kon­cer­to­wego składu Tworzywo Sztuczne. W ostat­nich latach nagrali płytę wspól­nie z ojcem, a w mię­dzy­cza­sie mocno weszli w roz­im­pro­wi­zo­wany trój­miej­ski kolek­tyw Bassisters Orchestra.

Dwa lata temu wydali swoją naj­lep­szą płytę „Heavi Metal”, na któ­rej elek­tro­niczne, surowe, ale melo­dyjne pod­kłady w stylu Afrika Bambaataa przy­wo­ły­wały lata 80. Muzycznie było to odbi­cie się od twar­dego, moc­nego hip-hopu z „Piątku 13″ (2006). W tek­stach prze­wa­żały się wątki wspo­mnie­niowe („skład Iron Maiden cią­gle znam na pamięć”), jasne dla słu­cha­czy w podob­nym wieku co Fisz, ale będące ele­men­tem indy­wi­du­al­nej nar­ra­cji, bez miz­drze­nia się i pre­ten­sji do bycia gło­sem czy choćby pamięt­ni­kiem poko­le­nia. Starszy z Waglewskich napi­sał na „Heavi Metal” naj­lep­sze ze swo­ich damsko-męskich tek­stów — „Wiosnę 86″ o zazdro­ści i zdra­dzie, „Kawę i papie­rosy” o zaufa­niu i uzależnieniu.

Lata 80. to też obez­wład­nia­jące chórki aniel­skich chło­piąt śpie­wa­jące banały (w rodzaju „tęskni za tobą dzień i noc / ogromne mia­sto każdy blok / (...) każdą ulicą płyną słone łzy” — przed oczami, oczy­wi­ście załza­wio­nymi, stają New Kids On The Block), pla­sti­kowe syn­te­za­tory, a nawet obcia­chowe solówki gita­rowe. Wszystko to z dystan­sem do sie­bie, bez dęcia w trąbę sztuki zaan­ga­żo­wa­nej, bez zamy­ka­nia muzyki ulicy w witry­nie gale­rii. Powstała płyta poko­le­nia wycho­wa­nego na MTV z pierw­szych kabló­wek — poko­le­nia, które wra­cało ze szkoły, włą­czało Paula Kinga, Simone czy Raya Cokesa, „120 Minutes” czy „Yo! MTV Raps”, i bez mru­gnię­cia okiem wcią­gało pio­senki wszyst­kich gatun­ków muzycznych.

Teraz Bartek (32 lata) i Piotrek (28) Waglewscy cof­nęli wska­zówki jesz­cze kil­ka­na­ście lat wstecz. Z gita­rzy­stą Tworzywa Sztucznego Michałem Sobolewskim (25) nagrali płytę w cięż­kim trio na modłę The Jimi Hendrix Experience. Paradoksalnie źródło tego przed­się­wzię­cia jest podobne jak w przy­padku „Heavi Metalu”. Znowu można mówić o powro­cie do okresu nie­zwy­kłego chło­nię­cia muzyki w cza­sach dora­sta­nia — tym razem ramą nie jest hip-hop, lecz styl wypra­co­wany przez zespoły w typie Bad Brains czy NoMeansNo. Inny rodzaj ener­gii, choć rocz­niki te same. Muzyka tych zagra­nicz­nia­ków dobre piętnaście-dwadzieścia lat temu zmu­siła synów Wojciecha Waglewskiego do się­gnię­cia po instru­menty i szu­ka­nia wła­snej drogi, wła­snych dźwię­ków, a dopiero póź­niej skie­ro­wała ich zain­te­re­so­wa­nia na hip-hop. Wydaje mi się, że dobrym łączni­kiem tych dwóch świa­tów była w tam­tym cza­sie ścieżka dźwię­kowa do filmu „Judgement Night” z 1993 roku. Wspólne utwory nagrali na nią Sonic Youth i Cypress Hill, Faith No More i Boo-Ya T.R.I.B.E., Living Colour i Run DMC, Slayer i Ice-T, oraz wielu innych.

Kim Nowak muzycz­nie nie wzo­ruje się jed­nak na tych świa­do­mie mie­sza­ją­cych, nawar­stwia­ją­cych różne tra­dy­cje gru­pach, lecz na zespo­łach z lat 60., 70., które po pro­stu grały na gita­rach, mniej­szą wagę przy­wią­zu­jąc do kwe­stii poli­tycz­nych, kul­tu­ro­wych, spo­łecz­nych. Rock and roll u zara­nia sam w sobie był bun­tem — nie potrze­bo­wał wtedy dosłow­no­ści w tek­stach ani wyśru­bo­wa­nego poziomu wście­kło­ści. Później, w cza­sach gita­ro­wej edu­ka­cji Waglewskich, do rif­fo­wej tra­dy­cji naj­bar­dziej bez­po­śred­nio odwo­ły­wały się choćby takie grupy jak Soundgarden czy Mudhoney, nawet Smashing Pumpkins, a ulu­bione przez nich hardcore’y — mniej. W końcu jed­nak wszy­scy oni razem mogliby powie­dzieć o Bo Diddleyu: my wszy­scy z niego...

Kim Nowak jest uwo­dzi­ciel­skie jak aktorka Hitchcocka, nazwą wprost wska­zuje na lata 60. Wyciąga z nich kotłu­jące się bębny, które oprócz rytmu grają melo­die, ich brzmie­nie jest nie­spo­ty­kane, do tego czujny, blu­esowy, cie­pło char­czący bas i instru­ment kolo­ry­zu­jący, oży­wia­jący — gitara. Aranżacyjnie zda­rza się nawet glam rock jak w „Gromie”, Stranglers w „AAA!”, Maanam w „Dresie”. „Rekin” składa się z kilku czę­ści — na począ­tek gitarowo-basowy riff, skan­do­wa­nie i wyjąt­kowo jak na Kim Nowak ciche bębny. Jak The Fall „Wrong Place, Right Time”. Później hałas w stylu Fugazi, a w zakoń­cze­niu leciutki, senny motyw, jak doj­rzałe Sonic Youth. Najważniejsze na tej pły­cie są jed­nak riffy upodob­nia­jące pio­senki do utwo­rów Led Zeppelin, Black Sabbath czy MC5. Sobolewski ma ręce pełne roboty, tu i ówdzie sły­chać drugą i trze­cią ścieżkę gitary, ale nie cho­dzi o wir­tu­oze­rię, tylko o brzmie­nie. Bas czę­sto gra uni­sono z gitarą (riff „Szczura”), póź­niej per­ku­sja gra moc­niej, nastę­puje motyw refre­no­wego łomotu — i żadnego wokalu! Fisz czę­sto ogra­ni­cza się do śpie­wa­nia zwro­tek, w refre­nach ma mówić muzyka lub sam krzyk, wrzask — głos staje się instrumentem.

Ten zespół to nie­skrę­po­wana eks­pre­sja, mocne gra­nie ma w ich przy­padku dosłowne zna­cze­nie — jeśli nie masz odci­sków, to zna­czy, że nie gra­łeś. Zwalniają tylko w „Nożu” i w nastę­pu­ją­cym po nim naj­cie­kaw­szym „Spacerze”, lirycz­nie opar­tym na opo­wia­da­niu Eustachego Rylskiego „Dziewczynka z hotelu Excelsior”. Ten ostatni to naj­dłuż­szy tekst, magne­tyczny, suge­stywny. Narastanie napię­cia pod­kre­śla roz­wi­ja­jąca się muzyka. Jak fala wraca fraza: „ogromny upał, żar, to nie­moż­liwe / to nie mogło się wyda­rzyć”. Tekst brzmi jak opo­wieść fil­mowa, obrazy są bar­dzo silne. Ciekawe, czy Fisz oglą­dał film Antoniego Krauzego na pod­sta­wie tego opo­wia­da­nia. Fabuła damsko-męska, nie­prze­nik­niona kobieta fatalna w „Spacerze” — to nawią­zuje do serii tek­stów od „Czerwonej sukienki” aż po wymie­nione wyżej pio­senki z „Heavi Metalu”. W Kim Nowak Fisz mówi o miło­ści mniej i innym gło­sem — „to dzi­wo­ląg wielki, przy­łoży ci, że poczu­jesz prąd” („King Kong”). Inne tek­sty są mniej fabu­larne, czę­sto przed­sta­wiają jakiś stan, czyn­ność: 1) „cho­dzę przez sen, pra­cuję przez sen / setki kilo­me­trów robię, kiedy śpię”; 2) „zasy­piam w wan­nie z otwar­tym okiem / coś szczy­pie w język, praw­dziwy ogień”; 3) „leżę na pod­ło­dze, moje ciało waży tonę / ogień liże mi szyję, czas to jest pisto­let”. Te słowa są napi­sane tak, że nie tylko nie prze­szka­dzają muzyce, one są z nią zro­śnięte. Do tego „popły­nie wrzą­tek i pęk­nie serce / wysią­dzie prąd w całym mie­ście” („AAA!”). To mogłoby się spo­koj­nie zna­leźć na „Heavi Metalu”. Czyste i inten­sywne, eks­pre­syjne słowa. To chyba Paweł Mossakowski w „Tygodniku Kulturalnym” TVP Kultura zwró­cił uwagę, że Fisz napi­sał je tak, że brzmią w tej muzyce, jakby były napi­sane i śpie­wane angielsku.

Niewygładzanie kan­tów, nie­in­ge­ro­wa­nie w nagrane ścieżki, uni­ka­nie popra­wia­nia nagra­nych na setkę par­tii pozwala odczuć robotę Kim Nowak bar­dzo bli­sko, pla­stycz­nie. „Jak pięk­nie / gdy wszystko jest na fest / i zęby białe ma / i prze­szcze­pioną twarz / a kiedy błysz­czy / jak fio­le­towy dres / jestem stary dziad / wyże­ram kotu jeść” — ten frag­ment „Dresu” iro­nicz­nie mówi prze­cież o współ­cze­snej gład­kiej pro­duk­cji muzycz­nej, o prze­sad­nym dba­niu o przy­stęp­ność, o gubie­niu indy­wi­du­al­nego wymiaru w muzyce. Kim Nowak się nie patycz­kuje, nie chce wie­dzieć, co to sushi. „Na języku czuję prąd / jestem znowu dziec­kiem / pró­buję łamać ci serce” — śpiewa Fisz („Sierpień”). To świa­doma próba wyj­ścia z sie­bie, pro­po­zy­cja zagra­nia w grę, któ­rej zasady uczest­nicy przy­po­mi­nają sobie już w trak­cie rozgrywki.Fraza z „Biegnij” — „powiedz śmiało, kto trup, a kto dia­beł” — nawią­zuje do Świe­tlic­kiego („Ty jesteś anioł, ja jestem trup”). W „Rekinie” — „mój wzrok to brzy­twa, moja pięść to czołg” — z kolei Maleńczuk („moja głowa to bomba, a pięść to petarda”).

Waglewscy chęt­nie opo­wia­dają o inspi­ra­cjach dźwię­ko­wych, ale w tek­stach roz­sy­pali rów­nie wiele odwo­łań. Łącząca ich z Bestie Boys umie­jęt­ność goto­wa­nia muzycz­nych dań bez spinki, pół­se­rio, sprawi, że w Kim Nowak nie szu­kam The White Stripes czy sta­roci jak 13th Floor Elevators, tylko Waglewskich. Mimo ich sym­pa­tii do duetu The Black Keys naj­waż­niej­szym współ­cze­snym odnie­sie­niem dla Kim Nowak wydają się wła­śnie nowo­jor­scy Żydzi gra­jący muzykę mia­sta po swo­jemu — Beastie Boys. Ze swoim zaan­ga­żo­wa­niem, bra­kiem przy­na­leż­no­ści do kon­kret­nego nurtu, a jed­no­cze­śnie poczu­ciem humoru i talen­tem do twór­czej zabawy Amerykanie zbu­do­wali nie­pod­ra­bialny, odrębny styl. Też grali na początku ostry, uliczny hard­core, też lubią się­gać (oso­bi­ście) po żywe instru­menty i mają oddaną publicz­ność zarówno wśród hipho­pow­ców, jak i alter­na­tyw­nych cudaków.

W masyw­nym, rado­snym łomo­cie Kim Nowak znaj­duję tęsk­notę za szcze­rym, bez­kom­pro­mi­so­wym, a zara­zem nie­sza­blo­no­wym gra­niem, bo cze­goś podob­nego w ostat­nich latach w Polsce jest po pro­stu mało. Chyba wła­śnie nazwa­łem patenty sprzed pół wieku nie­sza­blo­no­wymi... Chodzi o to, że próżno szu­kać u nas tak emo­cjo­nal­nego, a zara­zem wylu­zo­wa­nego gra­nia. A jeśli jest, na przy­kład w postaci rewe­la­cyj­nej kon­cer­towo grupy Woody Alien, to bra­kuje w tym pier­wiastka lokal­nego, który Kim Nowak zała­twia tek­stami Bartka Waglewskiego — innymi niż te Fisza, opo­wia­da­ją­cymi muzykę, a nie prze­sła­nia­ją­cymi ją fabułą. Były u nas echa sto­ne­ro­wego gra­nia, jak Elvis Deluxe czy Oregano Chino — zespoły dobre kon­cer­towo, ener­giczne, ale śpie­wa­jące po angiel­sku i zapewne niczym nie­róż­niące się od odpo­wied­ni­ków sło­wac­kich czy duń­skich, rów­nież słu­cha­ją­cych Turbonegro, Eagles Of Death Metal i innych. Natomiast nowy pro­jekt Fisza i Emadego — być może dzięki ich dba­ło­ści o brzmie­nie i pro­duk­cję, może przez doświad­cze­nie, muzyczną eru­dy­cję — daje słu­cha­czowi coś świe­żego i nowego, a zara­zem swoj­skiego. To nie jest tak, że „lubię Hendriksa albo Led Zeppelin, więc Kim Nowak to coś dla mnie”, to nie jest tylko praw­dziwy rock dla praw­dzi­wych rock­ma­nów. Ciekawa, wła­sna muzyka Waglewskich i Sobolewskiego, kom­plet­nie nie­re­wo­lu­cyjna, nie­ko­niecz­nie ambitna, nie­zu­peł­nie na serio. Do poru­sza­nia się po ich świe­cie nie jest potrzebna mapa, ta muzyka daje prze­ży­cie i bawi sama w sobie. Zwłaszcza na koncercie.

Tekst uka­zał się w mie­sięcz­niku „Lampa”, nr 6/2010.

strona zespołu, myspace, face­book

Posted in: duże, recenzje