Kawałek Kulki — Noc poza domem/Error

Posted on 09/05/2010 by

0


Gdybyś miał zabrać na bez­ludną wyspę jedną płytę, w życiu nie wziął­byś Kawałka Kulki. Gdyż oni potrze­bują towa­rzy­stwa jak nie wiem. Gdybyś miała towa­rzy­stwo i jesz­cze zro­bić nastrój, w życiu nie włą­czy­ła­byś Kawałka Kulki. Nie, bo to jedna z bar­dziej iry­tu­ją­cych kapel w Polsce, nawet jeśli nagrywa naj­krót­sze i sza­le­nie nastro­jowe płyty. Bo będzie wojna ner­wów i lało.

Ciągle nie wia­domo, co o nich myśleć, przy­pusz­czam, że nie są tym zmar­twieni. Kupować czy tylko kraść, może w ogóle sobie odpu­ścić? Warto czy nie warto, jakieś wska­zówki, pod­po­wie­dzi, noty za styl? A zwłasz­cza: do czego to jest podobne. „Gram w zespole”. „A co gra­cie?”. O Kawałku Kulki nie da się powie­dzieć nic, ale chwila. Z nie­zna­nych mi przy­czyn bar­dzo korzystna dla arty­sty jest ety­kietka (nie­moż­liwa prze­cież, zawsze fał­szywa), zgod­nie z którą „nie da się obok niego przejść obo­jęt­nie, można albo się nim zachwy­cać, albo go nie­na­wi­dzić”. Otóż koło nowego Kawałka Kulki prze­cho­dzę, nad­sta­wia­jąc uszu i zakry­wa­jąc je zara­zem. Takie tam para­doksy są z nimi, nor­mal­nie: czu­jesz się źle psy­chicz­nie i aku­rat losowe wyda­rze­nie — idziesz sobie przez most. Chętnie wychy­lasz się za barierkę, ale w sumie trzy­masz się jak naj­da­lej od niej. Naraz. Ale nie idziesz przez most po pro­stu. Tak jest ze słu­cha­niem zespołu z Gorzowa Wielkopolskiego, który (zespół) nagrał drugą płytę.

Oni powta­rzają cią­gle po kilka, kil­ka­na­ście razy te swoje wersy, które nic nie zna­czą: 1) „pan szuka książki, która szybko spły­nie, a nie spo­kój w sercu zmąci”; 2) „mię­tówka po sta­rej zna­jo­mo­ści, papie­ros za dobre czasy, ubie­raj się, poznasz moich rodzi­ców”; 3) „stoję w cie­niu, regu­luję ostrość, spa­dam / cios sta­ranny i tro­skliwy, czar opada” itd. Równie dobrze mógł­bym napi­sać, że te tek­sty zna­czą bar­dzo wiele albo są fan­ta­styczną poezją, jasne. Oczywiście to wszystko jest prawda, zależy, kto patrzy. Dla jed­nego takie zda­nie czyni kul­towy tekst, szla­gwort; inny się zdziwi, że to jakaś pro­teza, zatyczka, po co śpie­wać cokol­wiek w ogóle — można było to zagrać na akor­de­onie, melo­dia by oca­lała i jesz­cze byłoby bar­dzo cie­ka­wie. Albo solo na perkusji.

W każ­dym razie pod wzglę­dem poezji na „Nocy poza domem” jest no wprost nie­by­wale, sza­le­nie nie­sza­blo­nowo, nie ma miej­sca na kom­pro­mis, nie­co­dzien­nie sły­szy się takie tek­sty. Co my będziemy się wychy­lać, gdzież nam tu w Polsce do stan­dar­dów świa­to­wych; co się będziemy przej­mo­wać, my tu w Polsce po raz kolejny poka­za­li­śmy, że umiemy zro­bić coś ory­gi­nal­nego, naszego, i gdzieś mamy stan­dardy świa­towe. Tego typu myśli po tego typu wer­sach. Gratulacje bądź wyrazy współczucia.

Brzmienie to takie lo-fi w tym sen­sie, że „ej, sły­sza­łem szes­na­stą płytę two­jego brata, tym razem nagrane w kiblu, a nie w kuchni, ale oca­lił swoje nie­ba­nalne brzmie­nie”. W tym sta­ro­mod­nym, tra­dy­cyj­nym, rzew­nym i agre­syw­nym gra­niu miesz­czą się z rzadka auto­ma­tyczne bity (sta­ro­modne), cią­gle śpie­wa­nie na dwa głosy, stu­ka­nie puka­nie nie w okienko (a może, a nuż?), spo­gło­so­wana cza­sem gitara, oczy­wi­ście bez­kom­pro­mi­sowe tytuły w rodzaju „W sta­nie roman­tycz­nie pija­nego zakochania/nęcimy-hipnotyzujemy”. Bo to jest nie tylko w tytu­łach taki Pavement (a może Animal Collective, nie wiem, co jest w tym sezo­nie modne — zdaje się Tory Y Moi?), dużo zabawy w muzykę, gra­nia ni to równo, ni to nie­równo, ale tak żeby brzmiało jak nie­równo, tek­sty nie­dbałe (albo na przy­kład bar­dzo dopra­co­wane, zmyślne i pobu­dza­jące do myśle­nia, ale piszę tu o wra­że­niach), wokal­nie też nie za bar­dzo Krzysztof Krawczyk z Violettą Villas. Skrzypce jeż­dżą, bas pul­suje, gitara podaje rytm. Głośne akordy i śpie­wa­nie skan­do­wa­niem. Nie taki pio­sen­kowy jest Kawałek Kulki, jak go malują, zupeł­nie nie odbie­ram go jako fabryki świet­nych melo­dii. Normalny zespół, na oko na ogół na prze­kór, wię­cej „ina­czej niż” niż „tak samo jak”. Singiel na ryt­mie rege, ale fol­kowy, dia­log gło­sów, gitarki malutko, skrzy­piec dużo. Klimat, nastrój, atmos­fera, duch, fluid, humor, aura. Tę płytę trzeba obto­czyć w jajku i tar­tej bułce, ina­czej nie ma sensu jej słuchać.

Recenzja uka­zała się w mie­sięcz­niku „Lampa”, numer 4/2010

strona zespołu, myspace

Posted in: recenzje