Kanye West — My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Posted on 26/12/2010 by

0


Największe ego w hip-hopie na swo­jej pią­tej pły­cie jest wię­cej niż pro­du­cen­tem. Oprócz hip-hopu chce być naj­więk­sze w jesz­cze kilku kon­ku­ren­cjach. Kanye West wycho­dzi z kry­zysu i nagrywa pio­senki po sześć, sie­dem i dzie­więć minut. Odkrył już wszyst­kie karty czy może za chwilę zrobi coś jesz­cze lepszego?

Nie zdzi­wię się, jak ktoś siek­nie dyser­ta­cję naukową o tej pły­cie. Nie mam poję­cia jak, w ską­pej for­mie recen­zji, opi­sać ją kom­plet­nie. Unikanie auto­te­ma­tycz­nych wsta­wek mogłoby pomóc, powie­działby ktoś czujny. Myliłby się. Wstawki te są nieodzowne.

Otwartość Westa zawsze gra­ni­czyła z eks­hi­bi­cjo­ni­zmem. Gdy wyszedł zza kon­so­lety (sławę zyskał jako pro­du­cent), by zająć miej­sce na samym środku sceny, gdzie reflek­tory świecą naj­ja­śniej, to nie po to, by coś ukry­wać. Żadnych osłon, żadnych tabu. Cały Kanye. Trudno go nie podzi­wiać za tę bez­po­śred­niość. Mimo ego­ty­zmu. Mimo sła­bo­ści. Mimo nie­doj­rza­łych zacho­wań. Mimo poprzed­niego albumu „808s & Heartbreak”, który jest dowo­dem, że depre­sja nie­ko­niecz­nie sprzyja kre­atyw­no­ści. Ta porażka, uspra­wie­dli­wiona kry­zy­sem w życiu oso­bi­stym arty­sty, tylko zaostrzyła ape­tyty odbior­ców. Pyszne nowe utwory udo­stęp­niane za darmo przed pre­mierą pozwa­lały mieć nadzieję na powrót do formy. „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” zaczyna się od pyta­nia „Can we get much higher?” (Czy możemy wzbić się jesz­cze wyżej?) — moim zda­niem się udało.

Eksplozja kre­atyw­no­ści i świe­żość dają wra­że­nie, że to debiut. Trzeba było jed­nak dekady doświad­czeń autora, żeby z masy wąt­ków, dygre­sji, zwro­tów akcji wyło­niła się spójna całość. Dobrym przy­kła­dem jest „All Of The Lights” — chory (inny przy­miot­nik nie działa) bit, dęciaki ata­kują z każ­dej strony, cały chó­rek woka­li­stów i for­te­pian Eltona Johna, i cudowne smycz­kowe intro, i sam Kanye w szczy­to­wej for­mie wokal­nej, żądający skie­ro­wa­nia nań wszyst­kich świa­teł. Z całego zamie­sza­nia jakimś cudem wycho­dzi zna­ko­mita pio­senka popowa, przez naj­bliż­sze pół roku w każ­dym klu­bie dwa razy na wie­czór — dobry moment, by udać się do baru, bo jak to tań­czyć, nawet ja nie mam koncepcji.

Do tańca naj­le­piej nadaje się „Runaway”, bal­lada pro­wa­dzona przez pro­ściutki motyw for­te­pianu. Na star­cie autor infor­muje, że prze­słał lali foto­gra­fię swych, hm, klej­no­tów, przy­zna­jąc, że nie jest naj­lep­szy w komu­ni­ka­cji z płcią prze­ciwną. W refre­nie wznosi toast za sie­bie — dupka, szma­cia­rza i pra­co­ho­lika, i infor­muje adre­satkę, że naj­lep­sze, co może zro­bić, to zwiać jak naj­szyb­ciej. Powtarzam bez cie­nia iro­nii: to śliczna pio­senka, ide­alna, by kogoś przy­tu­lić i szep­tać, że lepiej od nas uciec. Chciałbym zoba­czyć taką, która ucieknie.

Świet­nych tek­stów jest tu wię­cej, Kanye do szcze­ro­ści (wszyst­kim, dla któ­rych jest nad­mierna i pro­wa­dzi głów­nie do żenu­ją­cych momen­tów tudzież wyznań — nie wiem co powie­dzieć; może tyle, że arty­stów glę­dzą­cych o abs­trak­cjach są miliony) i poczu­cia humoru doło­żył zaska­ku­jącą momen­tami mądrość. Droga przez mękę ostat­nich paru lat dopro­wa­dziła go do nad­spo­dzie­wa­nie doj­rza­łych wnio­sków. Rozwój, jak widać, moż­liwy jest rów­nież po trzy­dzie­stce. Nie zawo­dzi też wyko­na­nie. Mimo licz­nych, bar­dzo dobrych, gościn­nych wystę­pów (m.in. Jay-Z, Pusha T, Reakwon i Nicki Minaj w naj­lep­szej zwrotce swej krót­kiej kariery; zresztą... założę się, że nie nagra lep­szej) Kanye nie daje się zdominować.

Zwracam uwagę na tek­sty, bo łatwo o nich zapo­mnieć, tyle dzieje się w war­stwie muzycz­nej. „Power” jest skon­stru­owany z chó­ral­nego zaśpiewu i wykla­ski­wa­nego rytmu, w tle błąka się lekko zagu­biona gitara. Nie wyja­śnię pań­stwu, w jaki spo­sób coś takiego pro­wa­dzi na pierw­sze miej­sca list prze­bo­jów. Czasem trzeba przy­znać się do bez­rad­no­ści. Nie wiem też, jak to moż­liwe, że ide­al­nie uzu­peł­niają się i wiążą utwory oparte na tak róż­nych pod­sta­wach jak riffy z lat 70. („Gorgeous”), sym­fo­niczne smyczki („So Appalled”), for­te­pian („Dark Fantasy”, „Blame Game”) czy afry­kań­skie bębny („Lost In The World”). Wątpię, czy sam autor wie.

Tłumy ludzi trak­tują hip-hop lek­ce­wa­żąco bądź ze źle skry­waną nie­chę­cią. Przekonywanie ich do zmiany nasta­wie­nia uwa­żam za stratę czasu. Nie przy­sze­dłem tu pań­stwa nawra­cać. Przyszedłem (jak już jeste­śmy przy kla­sy­kach), by dać świa­dec­two. „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to bar­dzo ważna płyta. Dla przy­szło­ści muzyki, bo udo­wad­nia, że w 2010 roku można nagrać coś tak świe­żego, nowo­cze­snego i ory­gi­nal­nego. Dla hip-hopu, bo pod­trzyma jego domi­na­cję w main­stre­amie. Dla Kanye Westa, który w tej chwili może zro­bić wszystko. Dla mnie, bo nie­które albumy stają się sound­trac­kami do okre­sów mojego życia. Mam nadzieję, że w cza­sie jazdy z Westem w gło­śni­kach uniknę nie­szczę­śli­wych wypad­ków, objazdy ominą mnie sze­ro­kim łukiem, a auto­strada okaże się bez­ko­li­zyjna. Nawet jeśli ta podróż to tylko fan­ta­zja, jest piękna. Niech trwa.

myspace, strona arty­sty

Tagged: , ,
Posted in: recenzje