Trzecia pły­ta gra­ją­ce­go na gita­rze aku­stycz­nej kudła­te­go rudziel­ca Jono McCleery’ego spra­wia, że jego ser­decz­ny kole­ga Fink może się scho­wać. Za to kowe­ro­wa­ny tutaj Robert Wyatt („Age Of Self”) ma powód do dumy.

mccleery-cdPłyta ma urok prze­szy­wa­ją­ce­go chłod­nym powie­trzem let­nie­go poran­ka, obec­na pora roku ofe­ru­je nam więc dosko­na­łe warun­ki odsłu­chu każ­de­go sło­necz­ne­go dnia. Teksty Anglika są smęt­ne, peł­ne gory­czy, roz­cza­ro­wa­nia i nie­pew­no­ści, ale muzy­ka do nich dobra­na aż tak smęt­na nie jest. Wręcz prze­ciw­nie, oce­niam, że inwen­cja arty­sty odwró­ci od pro­ble­mów uwa­gę każ­dej maru­dy.

Poczciwy głos McCleery’ego jest na pierw­szym pla­nie cały czas. Najczęściej z gita­rą aku­stycz­ną w tle, ale zja­wia się też elek­tro­nicz­ny puls („Since I”). Szczególną uwa­gę zwra­cam na „Painted Blue”. Zacinający się pod­kład two­rzą dźwię­ki bóg jeden wie cze­go, ale brzmi to jak har­fa i/lub bar­dzo zmę­czo­ne pia­ni­no. Rytm, elek­tro­nicz­nie znie­kształ­co­ne (jak­by arty­sta mówił: to wszyst­ko to tyl­ko teatral­ne deko­ra­cje) smycz­ki i trzy­ma­ją­cy to wszyst­ko wokal przy­wo­łu­ją sko­ja­rze­nia z Björk. Te umyśl­nie nie­do­sko­na­łe elek­tro­nicz­ne wtrę­ty są nowym zna­kiem fir­mo­wym daw­niej czy­sto aku­stycz­ne­go śpie­wa­ka. Nadają pły­cie smak.

W „Ballade” (z tłu­ma­czą­cą cały album fra­zą „rede­fi­ne who you are”) arty­sta pod­kra­da rytm ze zde­mo­lo­wa­nej, poszar­pa­nej bal­la­dy r’n’b z par­tia­mi kla­wi­szy w złym sma­ku i dzwon­ków z gatun­ku tych, któ­re gospo­dy­nie domo­we wie­sza­ją na bal­ko­nie. Wręcz hipho­po­wy, zre­lak­so­wa­ny rytm McCleery wsta­wia też do „Halfway”. Tu towa­rzy­szą mu moc­no prze­two­rzo­ne instru­men­ty dęte, a for­te­pian i inten­syw­nie gra­ją­ca sek­cja smycz­ko­wa przy­wo­łu­ją sta­ry dobry Massive Attack. Na fini­szu bal­la­dy „Pardon Me” do nie­dba­łych fraz for­te­pia­nu dołą­cza rzę­żą­ca elek­trycz­na gita­ra. I też jest świet­nie, cza­ru­ją­co. Można tak wyli­czyć pół pły­ty, może całą.

Ten opis suge­ru­je pew­nie, że „Pagodes” jest hip­ster­skie, prze­kom­bi­no­wa­ne, ale to nie­praw­da. Przy pew­nym nakła­dzie uwa­gi podziw budzi zarów­no nie­sza­blo­no­wa budo­wa pio­se­nek, jak i sama ich treść: melo­dia, sło­wa, no i bez­błęd­ny głos McCleery’ego. Z jed­nej stro­ny popis umie­jęt­no­ści i talen­tów, z dru­giej - zagad­ka, co on ma w gło­wie, czy da się tam wejść i spraw­dzić? Mądrze zro­bio­na, inspi­ru­ją­ca pły­ta.

Tekst uka­zał się 27/11/15 w „Gazecie Wyborczej” - w por­ta­lu wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz