Ani się obej­rza­łem, a Joe Henry pochło­nął mnie na parę dni. Facet po pięć­dzie­siąt­ce, 12 płyt na kon­cie, szwa­gier Madonny - to nie wró­ży­ło fajer­wer­ków. Tymczasem gdy Henry gra, przed ocza­mi sta­je Tom Waits, razem z pia­ni­nem, gita­rą i kontrabasem.

joehenryBlada twarz, czar­ny głos. Henry grał już i sam, i z jazz­ma­na­mi (for­ma­tu Ornette’a Colemana), a to, co teraz go zaprzą­ta, brzmi jak oczysz­czo­ne z glę­dze­nia alt coun­try. On i jego trzech ludzi gra­ją zupeł­nie aku­stycz­nie, ale nie rzew­nie - suro­wo i sty­lo­wo. Częściej pau­zu­ją, niż bry­lu­ją. Jasne, że każ­dy może nagry­wać z otwar­tym oknem i wpro­wa­dzić jako tło pio­se­nek dźwię­ki prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów, uja­da­ją­cych psów, jest to jakaś dro­ga dla nudzia­rzy. Ten nudzia­rzem jed­nak nie jest, a muzy­ka, któ­rą nagrał, jest mło­da i intrygująca.

Na dzi­siej­sze stan­dar­dy to bar­dzo obszer­na pły­ta. Henry, „zako­cha­ny w całym stwo­rze­niu”, tak roz­sma­ko­wał się w two­rze­niu, że aż wyszła mu ponad godzi­na muzy­ki. Na dłu­gi jesien­ny wieczór?

Tekst uka­zał się 13/10/11 w „Dużym Formacie” - w por­ta­lu wię­cej recenzji

Dodaj komentarz