Nowa pły­ta rape­ra i akty­wi­sty J. Cole’a to bły­sko­tli­wy con­cept album. Nie trze­ba tłu­ma­czyć, jak koń­czy się histo­ria dile­ra, któ­ry porzu­cił prze­stęp­czy świat, zna­lazł miłość życia i zało­żył rodzi­nę. Ale war­to doce­nić to, co i jak Cole opi­su­je po dro­dze.

Czwarta pły­ta J.Cole’a dzię­ki 363 tys. sprze­da­nych egzem­pla­rzy wsko­czy­ła od razu na pierw­sze miej­sce „Billboardu”. Nieźle jak na album, któ­ry bry­tyj­ski „Guardian” opi­su­je sło­wem „rap­ty­wizm”. Ile tu rapo­wa­ne­go akty­wi­zmu, a ile roz­ryw­ki dla mas? Faktem jest, że ta boga­ta muzycz­nie, melo­dyj­na, świet­nie wypro­du­ko­wa­na pły­ta pod­bi­ła ser­ca nie tyl­ko słu­cha­czy hip-hopu.

Uznawany za bar­dzo dobre­go auto­ra tek­stów J. Cole był pod wiel­ką pre­sją, bo ogrom­nie roz­bu­dził nadzie­je swo­ją poprzed­nią pły­tą „2014 Forest Hill Drive”. Tytuł to adres rodzin­ne­go domu 31-let­nie­go J. Cole’a w Fayetteville w Karolinie Północnej. Raper dwa lata temu wyku­pił tę pose­sję, by otwo­rzyć tam dom samot­nej mat­ki z dziec­kiem. Cole wspie­ra też orga­ni­za­cję Black Lives Matter pięt­nu­ją­cą bru­tal­ność poli­cji wobec czar­nych Amerykanów.

Rapuje o niej rów­nież na „4 Your Eyez Only”, któ­rej tytuł nawią­zu­je do czwar­tej pły­ty zabi­te­go w strze­la­ni­nie rape­ra Tupaca „All Eyez On Me” sprzed 20 lat. Oprócz Tupaca Cole jest admi­ra­to­rem Nasa oraz rape­ra-biz­nes­me­na Jaya Z. Cole, tak jak Jay Z wystę­po­wał na wie­cach popar­cia dla Hillary Clinton i dzię­ki nie­mu został współ­wła­ści­cie­lem ser­wi­su muzycz­ne­go Tidal.

Szybko oka­zu­je się, że „4 Your Eyez Only” nie­wie­le ma wspól­ne­go z biz­ne­sem, poli­ty­ką i bogac­twem. Jednym z atu­tów pły­ty jest utwór „Neighbors”. Słuchając go, nie byłem jesz­cze świa­dom tego, że źró­dłem refre­nu o boga­tych sąsia­dach, któ­rzy podej­rze­wa­ją, że nar­ra­tor doro­bił się na sprze­da­ży nar­ko­ty­ków, jest praw­dzi­wa histo­ria Cole’a. Do jego domu i zara­zem stu­dia nagra­nio­we­go w Karolinie Północnej wdarł się uzbro­jo­ny oddział spe­cjal­ny (SWAT), a powo­dem było zgło­sze­nie z sąsiedz­twa.

Z epi­zo­du z poli­cją J. Cole stwo­rzył jed­no z ogniw histo­rii opar­tej na życiu swe­go przy­ja­cie­la, tu przed­sta­wia­ne­go jako James. Ostatecznie boha­ter „4 Your Eyez Only” zosta­je uśmier­co­ny w strze­la­ni­nie - to pul­su­ją­ca soulem pio­sen­ka „Change”, okra­szo­na elek­tro­ni­ką euro­pej­skie­go typu.

Change” to jeden z naj­lep­szych utwo­rów na pły­cie. Bardzo dobry jest też dwu­czę­ścio­wy miło­sny „She’s Mine”. W pierw­szej czę­ści Cole malu­je ład­ny obra­zek, na któ­rym boha­ter jest książ­ką, któ­rą czy­ta jego uko­cha­na. Siebie nazy­wa Biblia, a ją pasto­rem. W dru­giej czę­ści adre­sat­ką miło­snych wyznań jest cór­ka nar­ra­to­ra (Cole ma cór­kę, James też miał).

To wła­śnie takie momen­ty na pły­cie potwier­dza­ją, że Cole ma papie­ry praw­dzi­we­go arty­sty. Nie ogra­ni­cza się bowiem do poli­tycz­ne­go pla­ka­tu, two­rzy dzie­ło o szer­szym roz­ma­chu, odma­lo­wu­ją­ce róż­ne stro­ny świa­ta czar­nych Amerykanów.

Rozrzut tema­tów pasu­je do muzycz­nej bły­sko­tli­wo­ści „4 Your Eyez Only” (głów­nym pro­du­cen­tem jest sam Cole), ale nie wszyst­kie tek­sty są dopra­co­wa­ne. Zdarza się, że Cole wpły­wa na mie­li­zny, gdy np. rapu­je, że przyj­dą lep­sze dni, że war­to tań­czyć, bo łzy wyschną, a stra­chy się roz­pierzch­ną i sta­ną się nie­waż­ne, gdy tyl­ko przy­zna­my, że ist­nie­ją.

W sumie to naj­lep­szy album w karie­rze J. Cole’a. Raper (coraz wię­cej zresz­tą śpie­wa­ją­cy) nie uda­je na „4 Your Eyez Only”, że jest bied­ny, prze­ciw­nie - jego zaan­ga­żo­wa­nie wyni­ka z raper­skiej karie­ry, któ­ra dała mu nie tyl­ko pie­nią­dze, ale też świa­do­mość. Zaangażowanie nie jest jed­no­stron­ne: obok opo­wie­ści o wię­zie­niach i strze­la­ni­nach jest tu wszak „Foldin Clothes”.

Cole wie­lo­krot­nie tu powta­rza: „chcę skła­dać dla cie­bie ubrania/ chcę spra­wić, byś czu­ła się dobrze”, rapu­je o oglą­da­niu fil­mów na Neftlixie i robie­niu śnia­dań, o uła­twia­niu życia tym, któ­rzy uła­twia­ją mnie nam. Nie tyl­ko tekst, ale też fun­ku­ją­cy, gorą­cy pod­kład jest argu­men­tem za tym, że „Foldin Clothes” to pio­sen­ka miło­sna. A Cole doce­nia­ją­cy tzw. zwy­kłe rze­czy robi wra­że­nie oso­by, któ­ra wresz­cie wykry­ła, na czym jej zale­ży. Zwłaszcza że ten utwór umie­ścił na pły­cie zaraz po „Neighbors”.

W dzi­siej­szym świe­cie każ­de faj­ne rodzin­ne popo­łu­dnie może roz­je­chać oddział spe­cjal­ny poli­cji.

Tekst uka­zał się 16/1/17 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz