Je­go re­gu­lar­ne pły­ty sta­ły się już tak gład­kie i prze­bo­jo­we, że ten krok zda­wał się nie­unik­nio­ny. Iron And Wi­ne stał się bie­gły w na­gry­wa­niu ka­pią­cych mu­zycz­nym zło­tem aran­ża­cji ład­nych me­lo­dii, pi­sał co­raz bar­dziej zdy­stan­so­wa­ne tek­sty, za­czął wy­da­wać al­bu­my z przy­zwy­cza­je­nia, zgo­ła... nie­po­trzeb­ne.

ironandwineNp. lek­ko jaz­zu­ją­ce­go, wy­kwint­ne­go „Ghost On Ghost” trud­no słu­chać z sza­cun­kiem do Iron And Wi­ne. Sam Be­am (bo Iron And Wi­ne to je­go pseu­do­nim) w wie­ku 40 lat po­sta­no­wił więc do­wieść, że jest czło­wie­kiem, a nie for­mą mu­zycz­nej in­te­li­gen­cji, i że do­bra pio­sen­ka za­wsze się obro­ni. Wy­dał kom­pi­la­cję nie­pu­bli­ko­wa­nych wcze­śniej do­mo­wych na­grań z koń­ca lat 90. i po­cząt­ku ko­lej­nej de­ka­dy, gdy przy­go­to­wy­wał de­biu­tanc­ki al­bum „The Cre­ek Drank The Cra­dle” (2002), a wszyst­ko za­ty­tu­ło­wał „Ar­chi­ve Se­ries Vo­lu­me No. 1” ni­czym ja­kiś Bob Dy­lan.

Po­mysł Be­ama mi się po­do­ba, bo uwa­żam go za do­bre­go kom­po­zy­to­ra. Por­ta­le w ro­dza­ju kul­to­we­go Pitch­for­ka ma­ją oczy­wi­ście swo­je świę­to - oto „nasz czło­wiek” jest „ta­ki jak na po­cząt­ku”, „praw­dzi­wy”, więc na oce­nę mu­zycz­nej ja­ko­ści no­we­go dzie­ła Iron And Wi­ne rzu­tu­je ewen­tu­al­ne go­rą­ce uczu­cie do je­go daw­nych płyt. Jed­nak dla mnie „Ar­chi­ve Se­ries Vo­lu­me No. 1” nie wy­glą­da na sta­re na­gryw­ki wy­cią­gnię­te spod łóż­ka, za­pis prób sprzed lat. Wiem, że on na­praw­dę wy­brał sta­re pio­sen­ki, ale słu­cha się ich tak, jak­by na tym al­bu­mie d z i s i e j s z y Be­am roz­myśl­ne na­rzu­cił so­bie ogra­ni­cze­nia, po­sta­no­wił zo­stać mi­ni­ma­li­stą te­raz.

To jest ame­ri­ca­na zło­żo­na z blu­esa, co­un­try i fol­ku, asce­tycz­nie wy­ko­na­na, bo na li­ście in­stru­men­tów są tyl­ko głos, gi­ta­ra i ban­dżo. Źle brzmią­ce i szu­mią­ce utwo­ry da­ją wra­że­nie ja­kiejś ar­ty­stycz­nej praw­dy, rze­czy­wi­ście „za­cie­pla­ją” wi­ze­ru­nek ar­ty­sty, wy­cią­ga­ją go z wie­ży z ko­ści sło­nio­wej. Na pierw­szym pla­nie są mo­men­ta­mi znie­kształ­co­ne wo­ka­le, ale nie bra­ku­je tu do­gra­nych (pier­wot­nie oczy­wi­ście, nie te­raz) ście­żek gło­sów, np. w „Eden” czy „Two Hun­gry Black­birds”. Choć nie ma bęb­nów, kla­wi­szy i ba­su, to nie­kie­dy sły­chać głu­che ude­rze­nia w pu­dło gi­ta­ry.

We „Frec­kled Girl” sły­chać za­gryw­kę, któ­ra mo­gła być po­my­śla­na ja­ko ozdob­nik gra­ny na elek­trycz­nej gi­ta­rze. Spo­sób bi­cia w „Jud­ge­ment” da­je ba­so­wy efekt, do te­go sły­chać ban­dżo, har­mo­nię wo­kal­ną, a tak­że stu­ka­nie w ja­kiś przed­miot za­miast per­ku­sji. W ska­li „Ar­chi­ve Se­ries...” jest to już nie­mal sym­fo­nia. Tro­chę dłu­żą­cy się utwór jest świa­dec­twem te­go, że dą­że­nie Be­ama do „ubo­ga­ca­nia” utwo­rów jest pier­wot­ne, się­ga je­go naj­star­szych opu­bli­ko­wa­nych na­grań. On na­wet skrom­ny­mi środ­ka­mi spró­bu­je uroz­ma­icić brzmie­nie. W „Sing Song Bird” Be­am po­zu­je z ko­lei na kul­to­wy aku­stycz­ny du­et z lat 60. Si­mon & Gar­fun­kel, a atrak­cyj­no­ści pio­sen­ki sprzy­ja czas trwa­nia po­ni­żej dwóch mi­nut. W tek­ście jest na­wet mo­wa o ta­niej gi­ta­rze.

Skłon­ny je­stem na­wet uwie­rzyć w ta­kie­go Iron And Wi­ne, tyl­ko że ta­kie­go już go nie ma. By­ło­by mi­ło, gdy­by ja­koś do te­go nur­tu swo­jej twór­czo­ści za­czął na­wią­zy­wać, ale on ro­bi te­raz zu­peł­nie co in­ne­go, nie­ste­ty. Sa­ma pły­ta to bar­dzo do­bry i zro­zu­mia­ły ruch ar­ty­sty. To ład­na, tro­chę wznio­sła mu­zy­ka, z któ­rą moż­na by po­je­chać sa­mo­cho­dem w po­dróż przez wiej­skie kra­jo­bra­zy, gdy­by tyl­ko ży­ło się w Sta­nach. „Ar­chi­ve Se­ries Vo­lu­me No. 1” po­ka­zu­je, że Sam Be­am umie pi­sać, śpie­wać i grać. Nie­mniej w 2015 ro­ku, słu­cha­jąc te­go al­bu­mu, ma się przy­kre po­czu­cie ob­co­wa­nia z od­rzu­co­ną kon­cep­cją, a nie ży­wą mu­zy­ką.

Tekst uka­zał się 6/3/15 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej re­cen­zji

Dodaj komentarz