Bardzo dobra jest pły­ta In The Name Of Name, tyl­ko trud­no coś o niej napi­sać. Nie ma mody na gita­ro­we zespo­ły nawią­zu­ją­ce do lat 70., nie wypa­da o nich pisać dobrze, a zawo­do­wi kry­ty­cy twier­dzą, że Malkmus nagry­wa świet­ne pły­ty. Kto jesz­cze potra­fi na świe­żo­ści bawić się gita­ro­wy­mi efek­ta­mi, łamać ryt­my, o zgro­zo - grać solów­ki, i zakur­wiać jak nale­ży? 

No i mamy tu taki wła­śnie przy­pa­dek, nie pierw­szą gru­pę dowo­dzo­ną przez Vreena, czy­li Mateusza Kunickiego. Uważa się, że pły­ta zawie­ra kower „Brainstorm” gru­py Hawkwind. Moim zda­niem jest wręcz prze­ciw­nie - to ten utwór zawie­ra pły­tę. Oryginalnie potwor­nie dłu­gi numer został przez In The Name Of Name zagra­ny porząd­nie, przej­rza­ny, skró­co­ny i ucie­ka­wio­ny. Wreszcie ma ręce i nogi na mia­rę XXI wie­ku. Twierdzę, że to, co jest mię­dzy „Brainstorm” a jego koń­co­wym reprise’em, to obszer­na waria­cja na temat figli wypra­wia­nych przez ludz­ki mózg. Relacja z obse­sji osa­dzo­na w świe­cie pod­gląd­nię­tym w wer­sach i har­mo­niach „Brainstorm”, świe­cie, któ­ry usu­wa się spod nóg.

To nie może być zupeł­nie na serio. Wokale są prze­ry­so­wa­ne, iro­nicz­ne, ale tek­sty poważ­nie opo­wia­da­ją o wyczy­nach kon­ser­wa­tyw­nej Ameryki, prze­stęp­stwach reżi­mów ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem CIA. Występuje nawet dr Ishii, o któ­rym czy­ta­łem w gaze­cie nie dalej jak tydzień temu - jeden z wie­lu prze­stęp­ców wojen­nych, eks­pe­ry­men­tu­ją­cy na więź­niach mor­der­ca tysię­cy ludzi, któ­ry po woj­nie dostał od zwy­cięz­ców tzw. car­te blan­che.

Jest tego wię­cej - hitle­row­cy, Iran-con­tras, Ameryka Południowa i Środkowa (ośpie­wa­na po hisz­pań­sku), a wszę­dzie w nie­win­ną ludz­ką codzien­ność wpie­prza­ją się jacyś mędr­cy, któ­rzy wyczu­li swo­ją szan­sę kij wie na co. Anarchistyczne podej­ście do tre­ści In The Name Of Name łączy z dba­ło­ścią o brzmie­nie, wyko­naw­stwo, któ­re jak dla mnie mogło­by być bar­dziej szorst­kie. Ufam im jed­nak, że tak mia­ło być, że teraz to się trzy­ma kupy. Jakby to solid­ne, ele­ganc­kie brzmie­nie mia­ło kon­tekst impe­ria­li­stycz­ny, jak te mar­sze z lat 30... No tak, czar­ne­go humo­ru zespo­ło­wi nie bra­ku­je. Obsesja, obse­sja, ale spra­wie­dli­wa obse­sja. Czy prze­gię­te, drwią­ce obu­rze­nie „w słusz­nej spra­wie” nale­ży lek­ce­wa­żyć? Tego typu dyle­ma­ty dud­nią we łbie przy słu­cha­niu tej pły­ty.

Wydała to ofi­cy­na Radio Rodoz, czy­li oni sami. Są tek­sty, tłu­ma­cze­nia, sre­ber­ko, a pod nim pocz­to­wy papier. Od nie­daw­na pły­ta jest do kupie­nia w serpent.pl, kosz­tu­je tyle co róż­ni­ca mię­dzy droż­szym a tań­szym bile­tem na Arcade Fire, czy­li nic. Dokument epo­ki, któ­ry trze­ba mieć (pły­ta ITNON, nie bilet).

myspa­ce zespo­łu, radio­ro­doz

Dodaj komentarz