In The Name Of Name — s/t

Posted on 03/03/2011 by

0


Bardzo dobra jest płyta In The Name Of Name, tylko trudno coś o niej napi­sać. Nie ma mody na gita­rowe zespoły nawią­zu­jące do lat 70., nie wypada o nich pisać dobrze, a zawo­dowi kry­tycy twier­dzą, że Malkmus nagrywa świetne płyty. Kto jesz­cze potrafi na świe­żo­ści bawić się gita­ro­wymi efek­tami, łamać rytmy, o zgrozo — grać solówki, i zakur­wiać jak należy? 

No i mamy tu taki wła­śnie przy­pa­dek, nie pierw­szą grupę dowo­dzoną przez Vreena, czyli Mateusza Kunickiego. Uważa się, że płyta zawiera kower „Brainstorm” grupy Hawkwind. Moim zda­niem jest wręcz prze­ciw­nie — to ten utwór zawiera płytę. Oryginalnie potwor­nie długi numer został przez In The Name Of Name zagrany porząd­nie, przej­rzany, skró­cony i ucie­ka­wiony. Wreszcie ma ręce i nogi na miarę XXI wieku. Twierdzę, że to, co jest mię­dzy „Brainstorm” a jego koń­co­wym reprise’em, to obszerna waria­cja na temat figli wypra­wia­nych przez ludzki mózg. Relacja z obse­sji osa­dzona w świe­cie pod­gląd­nię­tym w wer­sach i har­mo­niach „Brainstorm”, świe­cie, który usuwa się spod nóg.

To nie może być zupeł­nie na serio. Wokale są prze­ry­so­wane, iro­niczne, ale tek­sty poważ­nie opo­wia­dają o wyczy­nach kon­ser­wa­tyw­nej Ameryki, prze­stęp­stwach reżi­mów ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem CIA. Występuje nawet dr Ishii, o któ­rym czy­ta­łem w gaze­cie nie dalej jak tydzień temu — jeden z wielu prze­stęp­ców wojen­nych, eks­pe­ry­men­tu­jący na więź­niach mor­derca tysięcy ludzi, który po woj­nie dostał od zwy­cięz­ców tzw. carte blanche.

Jest tego wię­cej — hitle­rowcy, Iran-contras, Ameryka Południowa i Środ­kowa (ośpie­wana po hisz­pań­sku), a wszę­dzie w nie­winną ludzką codzien­ność wpie­przają się jacyś mędrcy, któ­rzy wyczuli swoją szansę kij wie na co. Anarchistyczne podej­ście do tre­ści In The Name Of Name łączy z dba­ło­ścią o brzmie­nie, wyko­naw­stwo, które jak dla mnie mogłoby być bar­dziej szorst­kie. Ufam im jed­nak, że tak miało być, że teraz to się trzyma kupy. Jakby to solidne, ele­ganc­kie brzmie­nie miało kon­tekst impe­ria­li­styczny, jak te mar­sze z lat 30... No tak, czar­nego humoru zespo­łowi nie bra­kuje. Obsesja, obse­sja, ale spra­wie­dliwa obse­sja. Czy prze­gięte, drwiące obu­rze­nie „w słusz­nej spra­wie” należy lek­ce­wa­żyć? Tego typu dyle­maty dud­nią we łbie przy słu­cha­niu tej płyty.

Wydała to ofi­cyna Radio Rodoz, czyli oni sami. Są tek­sty, tłu­ma­cze­nia, sre­berko, a pod nim pocz­towy papier. Od nie­dawna płyta jest do kupie­nia w serpent.pl, kosz­tuje tyle co róż­nica mię­dzy droż­szym a tań­szym bile­tem na Arcade Fire, czyli nic. Dokument epoki, który trzeba mieć (płyta ITNON, nie bilet).

myspace zespołu, radio­ro­doz

Posted in: krótko, recenzje