Horny Trees — Branches Of Dirty Delight

Posted on 10/08/2009 by

0


Trudna płyta, która po kolej­nych prze­słu­cha­niach staje się bar­dzo cie­pła, bli­ska i dużo łatwiej­sza niż w pierw­szym rzu­cie. Grają impro­wi­za­to­rzy — nazwi­ska bar­dzo sza­no­wane: trio Szamburski, Bielawski, Zemler — a wydaje Lado ABC. Jest to kom­bi­na­cja gwa­ran­tu­jąca odpo­wiedni poziom kom­po­zy­cji, wyko­naw­stwa, artworku okładki i last but not least, poczu­cia humoru. To ostat­nie jest bar­dzo istotne w przy­padku wir­tu­ozer­skiej instru­men­tal­nej roboty, gdyż bywa, że nie­oswo­jony słu­chacz się zanu­dzi. Otóż nagra­nie Horny Trees takiego zagro­że­nia nie niesie.

(recen­zja pocho­dzi z mie­sięcz­nika Lampa, nr 7–8/2009).

hornytrees-branchesMuzycy grają na drew­nie — pod­sta­wowy zestaw to klar­net, bas i per­ku­sja. Drewno na okładce płyty (by Robert Czajka!) jest przez trzech męż­czyzn rąbane oraz pło­nie. Granie Horny Trees jest na ucho prze­cięt­nego słu­cha­cza, czyli moje, porą­bane wła­śnie. Również żarliwe i gorące, bar­dzo żywio­łowe i natu­ralne. Z przy­czyn per­so­nal­nych nawią­zuje też do wąt­ków kle­zmer­skich — potwier­dzają ten wnio­sek wid­nie­jące na rewer­sie digi­packu trzy drzewka ufor­mo­wane, jasne to jest jak słońce, na kształt trzech menor. Te sza­lone, inten­sywne, wul­ka­niczne i wul­ka­ni­za­cyjne kawałki — pró­buję nie brnąć w sprzecz­no­ści, ale myślę, że krzyw­dzi­łoby to muzykę Horny Trees — pre­cy­zyj­nie skon­stru­owane niczym paję­czyna, niczym kra­tow­nice kła­dzione u pod­staw Centrum Nauki „Kopernik” — zaska­kują cza­sem liryką, piękną melo­dią klar­netu roz­snutą na deli­kat­nym pod­kła­dzie szcząt­ko­wej per­ku­sji i czu­łego, to ekwi­li­bry­stycz­nego, to znów mono­sy­la­bi­zu­ją­cego basu (mam na myśli utwór The House Of Gonzo — i to, że jest zajebisty).

Reszta jest hała­sem, jest tajem­nicą, jest prze­waż­nie czar­nym, ale czę­sto też bia­łym dymem bucha­ją­cym z gęstwiny emo­cji. Jak na impro­wi­za­cję muzyka Horny Trees wydaje mi się podej­rza­nie uroz­ma­icona. Pozazdrościć swo­body wypo­wie­dzi, opa­no­wa­nia języka i umie­jęt­no­ści kul­tu­ral­nego zacho­wa­nia się na tere­nach nie­czę­sto odwie­dza­nych przez kole­gów z ander­grandu, a co dopiero mejnstrimu.

Rety, co by było, gdyby w Polandzie pisa­rze umieli takie rze­czy wypra­wiać, wypra­wia­liby je i jesz­cze ktoś by to wyda­wał. Apokalipsa. Był taki film austriacko-niemiecki „Free Rainer”, w któ­rym debilne festynowo-biesiadne i poli­tyczne pro­gramy zastą­piono, nie przy­mie­rza­jąc, Teatrem Telewizji i deba­tami o lite­ra­tu­rze. To uszczę­śli­wiło całe spo­łe­czeń­stwo, wynio­sło oglą­dal­ność na poziomy nie­sły­chane itd., itd. Próbuję powie­dzieć, że fajna, piękna, bar­dzo dobra płyta Horny Trees nie zbawi świata, nie nadaje się na imprezę, nie warto brać jej do samo­chodu, ani łado­wać na słu­chawki i wska­ki­wać do spo­co­nego, śmier­dzą­cego auto­busu. Trudno też byłoby spę­dzać przy niej obia­dek u mamusi, wie­czor­nego grilla ze zna­jo­mymi lub grać w karty. Gdyż to muzyka jest po pro­stu. Mu-zy-ka. Jeśli ktoś jesz­cze ma ochotę i na tyle silne nerwy, żeby słu­chać muzyki, to może spró­bo­wać. Nie gwa­ran­tuję dobrej zabawy ani satysfakcji.

myspace zespołu

Posted in: recenzje