Essential Killing (reż. Jerzy Skolimowski)

Posted on 18/11/2010 by

0


Sprzeczne reak­cje zna­jo­mych na nowy film Skolimowskiego oraz napis „naj­więk­szy świa­towy suk­ces pol­skiego kina” na pla­ka­cie spo­wo­do­wały, iż wybra­łem się do tegoż pol­skiego kina na film — było nie było — tro­chę pol­ski. Przygody mia­łem pra­wie takie jak Vincent Gallo, z tym że moja łagodna natura zawa­żyła na tym, iż nikogo nie zaszlachtowałem.

W sto­licy dość spo­rego euro­pej­skiego kraju obok Ministerstwa Kultury jest kino Kultura, dwie sale roz­dzie­lone kil­ku­na­stoma metrami podwórka. Film był w mniej­szej sali (Rejs), tej za podwór­kiem wła­śnie. Przejście po krzy­wych pły­tach ze sklejki, bo remont, wylany beton. W kasie młody męż­czy­zna: „Drukarka się popsuła, pro­szę iść do kasy kina Kultura”. Czy to mi popsuła się dru­karka? Ale brnę z powro­tem przez podwórko. Pada. Cena dwóch bile­tów — 38 zł. W dru­giej kasie młoda kobieta: „Ma pan osiem zło­tych? Nie, nie można kartą”. I znów młody męż­czy­zna w pierw­szej kasie, jed­nak potrzebny — prze­dziera bilety zza kontuaru.

Europejska Stolica Kultury.

Pójść na „Essential Killing”. Ostatnia chwila, prawda? Pierwszy plus — trwa pół­to­rej godziny. Teraz, gdy nawet Almodovar, ucho­dzący nie­gdyś za żwawego, nie umie się zmie­ścić w 120 minu­tach, jest to świetny wynik. Drugi plus — Vincent Gallo. Facet gra. Twarzą, spo­so­bem poru­sza­nia się, całym cia­łem — magne­ty­zuje. Wiedziałem, że Gallo to nie tylko talent, ale także cha­ry­zma, ale to, że pol­ski reży­ser umie okieł­znać cha­ry­zmę — to musia­łem sobie przy­po­mnieć. Trzecia sprawa — Skolimowski poka­zał Polskę inną, niż znam z pol­skiego kina (mimo całej prze­lot­no­ści mojej zna­jo­mo­ści z pol­skim kinem). Czyżby dla­tego, że Polskę gra Norwegia? W każ­dym razie gra ją świet­nie. Las, góry, zima są w „Essential Killing” (mógłby się dys­try­bu­tor wysi­lić na pol­ską wer­sję tytułu) odpo­wied­ni­kiem afgań­skiej pustyni — miej­scem dzi­kim i nie­bez­piecz­nym. Częściej można tu wpaść na zwie­rzęta niż ludzi, a napo­tkani homo sapiens wię­cej wspól­nego mają z leśną zwie­rzyną niż prze­cięt­nym zachod­nim kino­ma­nem. Tę obcość gra Gallo, panuje nad tym Skolimowski.

To film dla ludzi Zachodu. Nie mam na myśli tylko anty­ame­ry­kań­skiej wymowy, która gwa­ran­tuje sza­lone powo­dze­nie na festi­wa­lach, i spo­sobu poka­za­nia pustego, zaśnie­żo­nego kraju. To jesz­cze w Polsce prze­cho­dzi gładko — znamy te kra­jo­brazy i te wątki ide­olo. Gorzej ze sce­nami, w któ­rych sły­chać pol­ską mowę. Nie wiem, czy w innych kra­jach te nie­liczne i krót­kie zda­nia są tłu­ma­czone, ale wśród kul­tu­ral­nych osob­ni­ków w kinie przy Ministerstwie Kultury budziły raczej śmiech niż reflek­sję typu „Gallo prze­cież nie wie, czego chce ten czy inny Polak”. Podobnie np. z tek­stem „co jest, kurwa” w sytu­acji, która i bez tego jest śmieszna. No ale powie­dze­nie w pol­skim kinie czy teatrze „dupa” to, jak wia­domo, naj­lep­szy dow­cip, dla­czego więc tego nie wyko­rzy­stać, nawet gdy potrzebna jest byle jaka, jaka­kol­wiek kwe­stia. Moim zda­niem z liczbą tych odbić od powagi autor przesadził.

Od jakiejś połowy czy dwóch trze­cich oglą­da­łem film Skolimowskiego obo­jęt­nie, dość znu­dzony. Pomysł na wyko­rzy­sta­nie euro­pej­skiego kra­jo­brazu to jego główna zaleta, póź­niej obser­wu­jemy tylko listę histo­ry­jek, „przy­gód” — czym dalej, tym gorzej, i jedyna zagadka to to, ile ich jesz­cze będzie przed wia­do­mym końcem.

Posted in: film