Dezerter — Prawo do bycia idiotą

Posted on 13/12/2010 by

0


Nomeansno na okładce swo­jej płyty sfo­to­gra­fo­wali wrzut: „how fuc­ken old are Nomeansno? Give it up grand dads”. Dezerter — legenda war­szaw­skiego i, trzeba tak to ująć, euro­pej­skiego punk rocka — tak jak oni wyko­nuje swoje prawo do nagry­wa­nia płyt w trzy­dzie­stym roku działalności.

Nie jest łatwo pisać o Dezerterze. Od ponad ćwierć wieku grają punk rocka, byli w tej kon­ku­ren­cji jed­nymi z pierw­szych w Polsce. Jak inni nagrali płyty lep­sze i gor­sze, każdy sym­pa­tyk ma swoją ulu­bioną i może twier­dzić, że skoń­czyli się na „Kolaboracji” albo „Ile pro­cent duszy”. Głupio wybrzy­dzać na ich naj­now­szą robotę. Grają punka całe życie, a jeśli robią to tak, a nie ina­czej, to dla­tego że chcą. Nowocześniej! Bardziej old­sku­lowo! Nie ucz ojca dzieci robić, i szlus.

Muzycznie bez nie­spo­dzia­nek — nie ma zagro­że­nia, jest Dezerter. Bywa wesoło, skocz­nie, czę­ściej jest po pro­stu ostro i inten­syw­nie. Jacek Chrzanowski (żaden basi­sta nie grał z nimi dłu­żej) wyko­nuje świetną robotę np. w sin­glo­wym „Jesteśmy sektą”, buduje też wolne, mętne „Kłam”. Dobry jest też raczej lekki, melo­dyjny utwór tytułowy.

Tytuł płyty ma chyba coś wspól­nego z serią reklam „nie dla idio­tów”, któ­rych prze­kaz jest mniej wię­cej taki: nie bądź głupi, kupuj dużo i drogo i wię­cej, niż potrze­bu­jesz, nawet jeśli cię na to nie stać. Coś jest sprze­da­wane i to jest oka­zja dla cie­bie. Przekaz Dezertera w roku 2010 czę­sto zaha­cza o rozum­ność w codzien­nej wędrówce przez rze­czy­wi­stość. Krzysiek Grabowski z bie­giem lat pisze coraz dłuż­sze tek­sty. W pio­sence „Prawo do bycia idiotą” do tych moich prze­czuć dodaje drugą (pierw­szą) war­stwę: „może wystar­czy narzekania/ że wszystko jest do dupy/ że bez­myślna konsumpcja/ i nie­koń­czące się zakupy/ że naro­dowi katolicy/ szu­kają wszę­dzie spisku/ i modlą się o klęskę/ żeby ich było na wierz­chu”. W tej poetyce podaje w wąt­pli­wość sens śpie­wa­nia o uni­wer­sal­nych i przez to dość już sta­rych ide­ałach Dezertera. Ochrona środo­wi­ska, pacy­fizm, anty­ra­sizm, wege­ta­ria­nizm, bycie prze­ciw poli­tyce, prze­ciw prze­sy­towi, kon­sump­cji — czy warto jesz­cze zaprzą­tać sobie tym głowę, gdy ma się wol­ność słowa i wol­ność bycia sobą?

W „Świniach” Grabowski podej­muje to zada­nie z dość czar­nym humo­rem i temat wege­ta­ria­ni­zmu („świnia nie człowiek/ i świństw nie robi/ nie zabija ludzi, żeby ich jeść”) łączy z poli­tyką, wła­dzą, kon­trolą, kłam­stwem i faszy­zmem. Ironii i dystansu do sie­bie Dezerterom nie bra­kuje, tę broń przy­go­to­wali bar­dzo dobrze i działa ona bez zarzutu.

Na drugą nogę jest seria tek­stów poważ­nych. Najbardziej odważną i nie­ty­pową frazą na „Prawie do bycia idiotą” jest frag­ment: „zapusz­czam wąsy/ wycią­gam szablę/ pędzę na koniu po śmierć i chwałę” („My Polacy”). Fajnie, że tra­fiło aku­rat na naj­moc­niej­szy, naj­bar­dziej inten­sywny refren, bo to ważne słowa. Typowo dezer­ter­skiego zacię­cia dydak­tycz­nego jest na nowej pły­cie sporo. Taka jak wyżej kry­tyka (tu naro­do­wych przy­war) połą­czona jest zwy­kle z iden­ty­fi­ka­cją: MY, Polacy, więc także z odpo­wie­dzial­no­ścią. Tak samo w pierw­szej oso­bie Robert Matera śpiewa: „pod­ją­łem to wyzwa­nie (...) bez pro­duk­tów wykonanych/ w obo­zach pracy i więzieniach/ dzień bez kupo­wa­nia rzeczy/ chiń­skiego pochodzenia”.

Obrażanie się na bez­po­śred­nie tek­sty Dezertera byłoby obra­ża­niem się na styl życia ich auto­rów. Oni tylko śpie­wają o tym, kim są i jak żyją.  Nie ma mowy o oba­la­niu sys­temu kamie­niami i bom­bami. Nie ma w tym za wiele poezji, cza­sem chcia­łoby się tek­stów krót­szych, z moc­niej­szymi obra­zami (jak koń­cowy „Żaden Bóg”), tłu­ma­czą­cych ważne sprawy meta­forą. To już temat „co kto lubi”, ale moim zda­niem naj­lep­sza poezja była na „Kolaboracji”. Tamte skon­den­so­wane, kró­ciut­kie tek­sty („Anarchia”, „Mój kraj”, „Pokój i krew”, póź­niej były jesz­cze „Bzdury”, „Człowiek” albo „A wie­czo­rami”) miały więk­szą moc niż dłu­gie opo­wie­ści z „Prawa do bycia idiotą”. Coś za coś, bo naj­cen­niej­szym atu­tem nowej płyty jest dla mnie, dziś nie­modna, szcze­rość prze­kazu. To bar­dzo ważny ele­ment dzia­łal­no­ści Dezertera, coraz bar­dziej odróż­nia­jący ich na tle cało­ści pol­skiej muzyki. Do gra­nia punk rocka można przy­wyk­nąć i robić to odru­chowo, to nie jest jakiś Oksford. Trudniej wyro­bić sobie pro­sty, natu­ralny, wia­ry­godny spo­sób komu­ni­ka­cji. Jeśli słu­cha­czy, czę­sto mło­dych, chcesz zmu­sić do myśle­nia — musisz być komunikatywny.

Cztery-pięć zło­tych wię­cej niż sama płyta kosz­tuje „Prawo do bycia idiotą” z dodat­kiem w postaci DVD. Jak to typowy film o zespole, poka­zuje Dezertera w kan­cia­pie, w stu­diu i na kon­cer­cie — widać tro­chę pracy nad utwo­rami, garść zwy­czaj­nych pro­ble­mów i roz­mów oraz kawa­łek wła­snej prze­strzeni zespołu. Cena nie­znaczna, a fajna rzecz nie tylko dla twar­dych fanów. Mi się zawsze takie dodatki podo­bały, takie wyda­nie jest dowo­dem sza­cunku dla słuchaczy.

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje