Dezerter — Jeszcze żywy człowiek

Posted on 07/12/2011 by

0


Działający od 30 lat Dezerter przy­po­mina, jak się grało w Jarocinie. Ten nie­do­sko­nale nagrany kon­cert, krą­żący już w latach 80. na wyda­nej przez sam zespół kase­cie, ma dwie ważne zalety. Przede wszyst­kim poka­zuje kawał histo­rii pol­skiej muzyki zbuntowanej.

Na festi­walu zwa­nym dziś „wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa” orga­ni­za­to­rzy pro­wo­kują widow­nię. Przed kon­cer­tem zespół w imie­niu widzów prosi o pola­nie wodą kle­pi­ska pod sceną, nad któ­rym w sierp­nio­wym upale uno­szą się tumany kurzu. Organizatorzy odma­wiają, każą grać — „bo jak nie, to w lesie czeka dwa tysiące zomow­ców, któ­rzy chęt­nie roz­pi­rzą festi­wal”. Zaczyna się kon­cert, a pod sceną — zadyma. Walter Chełstowski, szef festi­walu, prze­rywa, żeby utem­pe­ro­wać pun­kow­ców. Jest ner­wowo. Z kolei Dezerter prze­staje grać jeden z utwo­rów w poło­wie, żeby można było wyło­wić pro­wo­ku­ją­cych bójki.

Chełstowski mówi dziś, że z Jarocina publicz­ność wyjeż­dżała „nała­do­wana wol­no­ścią”. Na pewno nie przez orga­ni­za­to­rów — któ­rzy pod sceną wydzie­lili jedną strefę dla pun­kow­ców, drugą dla całej reszty — lecz przez zespoły. Muzycy są bar­dzo pomy­słowi: dla zabi­cia czasu potrzeb­nego do zmiany zerwa­nej struny czy­tają rów­no­le­gle dwa komiksy o kapi­ta­nie Klossie. Taka gra z sys­te­mem, któ­rej czę­ścią była współ­za­leż­ność — bo prze­cież zbun­to­wane zespoły miały próby w stu­denc­kich klubach.

Druga ogromna war­tość „Jeszcze żywego czło­wieka” to ener­gia. Dezerter to dzia­ła­jący od 1981 rówie­śnik Sonic Youth, Metalliki i Lombardu. Gra do dziś, a w chwili tam­tego kon­certu miał na kon­cie jeden wydany sin­giel i występy na dwóch wcze­śniej­szych Jarocinach. Wchodzą, grają pełną parą 26 utwo­rów, same pun­kowe kla­syki. Gdzieś w poło­wie, może w dwóch trze­cich kon­certu zespół uzy­skuje taką dra­pież­ność, taki ogień, że nie da się tego opi­sać. Szczęście, że nie ma fil­mo­wej reje­stra­cji tego występu (a przez awan­tury na początku nawet foto­gra­ficz­nej doku­men­ta­cji), bo sama wyobraź­nia wyświe­tla pie­kło łamane przez zamieszki. Jednocześnie zespół jest przy­tomny, nie naiwny, pewny swo­ich umie­jęt­no­ści i prze­sła­nia (pacy­fizm, samo­świa­do­mość, nie­uf­ność do wła­dzy i mediów). Swoją drogą umiesz­czone we wkładce zdję­cia dezer­te­rów uświa­da­miają, jak mło­dzi oni wtedy byli. Nie ma punk rocka nie tylko bez buntu i samo­dziel­nego myśle­nia, ale także bez mło­do­ści i bez konfrontacji (...).

Tekst uka­zał się w „Gazecie Wyborczej” 18/11/11 pod tytu­łem „Dezerter 1984. O, roku ów!”. Całość tutaj.

Posted in: recenzje