Cuba de Zoo — Rozkaz

Posted on 23/05/2011 by

0


Czy to jakaś stara płyta Much porzu­cona w poło­wie nagrań? Od razu sły­chać, po jakiej fali sur­fuje Cuba de Zoo — czy dobrze, że to sły­chać, oce­nią słu­cha­cze, na razie wygląda na to, że się podoba. Ja mogę dodać, że bio­rąc pod uwagę popu­lar­ność Much, taka sty­li­za­cja wydaje się prze­ter­mi­no­wana. Trio — i rock, rock, rock, hi-hat, hi-hat, tnąca gitara, dud­niący bas, zabawa. Ale może nie ma się co cze­piać, może dla Cuby to tylko pozy­cja wyj­ściowa do „zdez­ak­tu­ali­zo­wa­nia” (a może, dajmy na to, zde­tro­ni­zo­wa­nia) Much?

Założyli zatem zespół, grają pio­senki gita­rowe, ale taneczne — „no chodź”, „tańcz”, „nie­bez­piecz­nie jest się bawić” i tak dalej. Numery są hitowe, chło­pac­kie, niosą, może tylko ostatni „Doktor” jest na kaca, reszta skoczna.

Sparafrazuję strofę z Morrisseya: czy to bar­dzo źle chcieć grać rocka pła­skiego jak stół? Nie, to nie jest źle — wciąż za Morrisseyem — ale... można by choć śpie­wać coś smut­nego. Albo weso­łego — emo­cjo­nal­nego po pro­stu. Cuba de Zoo ma pro­blem, bo w tek­stach ser­wuje dużo roc­ko­wej mowy-trawy, klisz, pre­zen­tuje coś na kształt lirycz­nej bez­rad­no­ści. Weźmy sin­glowy „Grób”: „prze­krę­ci­łem się w gro­bie / bo jest mi nie­wy­god­nie / patrzeć że nie słu­chasz mnie zawsze / prze­krę­ci­łem się w gro­bie / gdy usły­sza­łem o tobie”. Dwa dłu­ga­śne akordy na zwrotkę, dwa na refren. Później tro­chę czę­sto­chowsz­czy­zny: „nie rób już wię­cej / co dyk­tuje twe serce / tylko słu­chaj / co ci mówię do ucha”, i znowu prze­krę­ca­nie się w grobie.

A teraz tro­chę inna strofa Moza z tej samej pio­senki: „czy to bar­dzo źle nie zawsze być zado­wo­lo­nym / nie, to nie jest źle, ale...” — czy zawsze trzeba się przy­pie­przać do młodości?

Takie „kop­nię­cie” tek­stu jak w „Grobie” musi być świa­dome, więc jest uro­cze — prze­cież w gro­bie można się co naj­wy­żej prze­wró­cić, a prze­krę­cić to można kogoś na kasie, na przy­kład wci­ska­jąc mu kit. Być może taki dobór słów nie jest stra­te­giczną decy­zją tek­ścia­rza, tylko pre­zen­ta­cją obec­nych moż­li­wo­ści zespołu. Jeśli jed­nak zało­żyć, że ekipa Kuby Podolskiego z roz­my­słem zro­biła prze­gląd typo­wych zagry­wek muzycz­nych i tek­sto­wych z roc­ko­wego arse­nału, w dodatku jakby je prze­drzeź­nia­jąc, to muszę z uzna­niem poki­wać głową. Pierwszy frag­ment z „Grobu” to prze­cież wyraźne pogry­wa­nie w kulki z „Do nieba nie cho­dzę” Szymona Wydry! Drugi frag­ment też poka­zuje nie­sym­pa­tycz­nego boha­tera, z tym że teraz jest on już zde­spe­ro­wany — może dla­tego wła­śnie krótką, pro­stą frazą domaga się posłuchu.

Fraza „jestem co dzień / jak prze­cho­dzień” z „Trenu o Warszawie” jest koślawa i można się z niej śmiać, ale pasuje do muzycz­nej zawar­to­ści pio­senki. Nie ma ona wpraw­dzie nic wspól­nego z Czesławem Niemenem, ale jest muzycz­nym hoł­dem dla Lady Pank — któ­rego lide­rzy, jak wia­domo, pocho­dzą z Wrocławia i z Podlasia. Ta fraza spo­koj­nie mogłaby być śpie­wana przez Panasewicza, te chórki („tan tan tarara tan”) to jest prze­cież kla­syk lat 80., Oddział Zamknięty oddałby za nie ostat­nią gitarę. Równie dobrze „Tren” może być przy­pi­sem do „Miasta doznań” Much — jedno, trze­cie czy dru­gie, tłu­ma­czy się samo przez się.

Najfajniej brzmi „Sztorm”, buja tro­chę na zasa­dzie „Another Brick In The Wall Pt. 2″, a tro­chę jako Pan Kleks. Uwielbiam to połą­cze­nie. Gita — wia­domo — floy­dowa, a do tego kozacko cho­dzi bas, jak w „Billie Jean”, chórki są czuj­nie prze­gięte i kiczo­wate, a na doda­tek sze­roki uśmiech na twa­rzy wywo­łuje tekst: „pomię­dzy nami sztorm / ta miłość to już wrak / zamknięty mamy port / nasz kuter idzie na dno”. Umiejętność tak nie­zgrab­nego pisa­nia to rzad­kość, ale świet­nie to gada z ejti­sową muzyką. Znalazłem swój hit wio­sny. „Do miło­ści daję roz­kaz, daję znak” — no pro­szę mnie oświe­cić, jeżeli kto­kol­wiek tak traf­nie, a zara­zem zmy­słowo nawią­zy­wał do „Cała naprzód ku nowej przy­go­dzie” Pana Kleksa! Gicior.

Jeszcze coś. Bardzo cie­szy mnie ubó­stwie­nie uży­wek przez Cubę: „Kocham cię eks­tra mocno / kocham cię luk­su­sowo”. W ogóle „Menu” to jeden z faj­niej­szych nume­rów, pro­sty i ope­ru­jący czy­telną, „nie­za­je­chaną” meta­forą. Od razu przy­cho­dzi na myśl pamiętna fraza Bohemy: „Zapal papie­rosa, nalej sobie wódki” — tytu­łem pio­senki było imię dziew­czyny woka­li­sty. Skojarzenie miło­ści ze szlu­gami i alko­ho­lem jest chyba odwieczne i bar­dzo celne. Nie trzeba maru­dzić jak Komety: „twoja ślina ma smak papie­ro­sów i wina / już wiem na pewno / dzi­siaj widzę cię ostatni raz”. Jak powie­dzie­liby pań­stwo sprzed Pałacu Prezydenckiego: „Tu jest Polska!”. Zgodziłby się z nimi Sidney Polak, a jego trun­kowe towa­rzy­stwo nie jest naj­gor­szym, co mogło spo­tkać Cubę. „Wiemy jak żyć / wiemy jak pić / pić by żyć”. Zdrowie tych, co lubią Muchy.

Tekst uka­zał się w por­talu Polskiego Radia i był ogrom­nym roz­cza­ro­wa­niem.

Posted in: recenzje