Co — Verge

Posted on 19/05/2010 by

0


Od pre­miery mija już dobre pół roku, ale trzeba pisać o zja­wi­skach takich jak Co, czyli Maciek Kujawski. Zjawisko na eta­pie pierw­szej płyty („!Comoc”, wyd. !mik.musik!, 2004) dostrzegł ponoć kul­towy (!) bry­tyj­ski (!) maga­zyn „The Wire”. Teraz naczy­ta­łem się o powro­cie do hip-hopu, do jego dekon­struk­cji i „dosko­na­łej” dla niego alter­na­tywy, ale posłu­chaw­szy, zorien­to­wa­łem się, iż pan Maciek zro­bił na kom­pu­te­rze płytę bar­dzo długą i jednorodną.

Szumnie zapo­wia­dana awan­garda została tak skrzęt­nie scho­wana, że ciężko ją zna­leźć. CTRL+C, CTRL+V — i jesz­cze raz, i jesz­cze raz. Gdybyż Kujawski miał pod ręką Amigę z FastTrackerem... A tak dłu­ży­zna wyszła i nuda. Odmianę przy­nosi jeden z nie­licz­nych utwo­rów z woka­lem — ostatni, „Raw”. Funkcjonuje w nim coś w rodzaju refrenu i zwrotki, wydaje mi się, że łama­nie przy­zwy­cza­jeń mitycz­nego awan­gar­do­wego słu­cha­cza w tę stronę jest dobrym pomy­słem. Głos też brzmi tu lepiej niż w utwo­rze tytu­ło­wym (tu mocno prze­two­rzony) lub w „O”. Zaskoczenie na koniec płyty. Lepiej późno niż wcale.

Gdyby w tym kopio­wa­niu i kle­je­niu był cień sza­leń­stwa, pato­lo­gii czy zwy­czaj­nej, codzien­nej schi­zo­fre­nii... Niestety, „Verge” jest tak nudne, ane­miczne i bez­ce­lowe, że aż chce się posłu­chać wspól­nej płyty Piaska i Seweryna Krajewskiego bądź naj­gor­szych utwo­rów One Million Bulgarians. Nieciekawe sam­ple, sza­blo­nowe bity, nawet inte­re­su­jące, lecz wciąż te same fil­try i te sta­ra­nia o stwo­rze­nie aury — nie wiem, co to miało być — tajem­ni­czo­ści czy odhu­ma­ni­zo­wa­nej, auto­ma­tycz­nej pla­nety, może wnę­trza jakie­goś sza­le­nie nie­ty­po­wego czło­wieka. Może.

Autor płyty błą­dzi, gubi się w labi­ryn­cie dźwię­ków, który sam stwo­rzył, i nie może zna­leźć wyj­ścia. Isan to nie jest. Aphex Twin rów­nież nie bar­dzo. Coś tam stuka, coś bzy­czy, jest to sta­ran­nie wymie­rzone, tu i ówdzie jakiś nie­ty­powy zła­many rytm — ale tak jest od dzie­się­cio­leci, odkąd muzykę robi się na kom­pu­te­rach, które sku­tecz­niej niż ludzie trzy­mają przy­ka­zany bit. Niezrażonych bez­barw­no­ścią muzyki Co raczej nie prze­kona oble­śny tekst „O” (kani­bal zjada kobitkę, na którą od dawna miał ape­tyt) podany przez zamie­rze­nie słaby, pra­wie dzie­cinny głos. Opis brzmi inte­re­su­jąco, ale nawet to wycho­dzi prze­cięt­nie. Nieliczne na „Verge” tek­sty powo­dują ostat­nie już wzru­sze­nie ramion. Historia mor­der­stwa i sys­te­ma­tycz­nego zja­da­nia ofiary, wiel­kie mecyje. Pomysł daje sporo moż­li­wo­ści, ale słowa poja­wiają się tylko w trzech czy czte­rech utwo­rach. Powód dwu­ję­zycz­no­ści tych paru tek­stów rów­nież nieznany.

Mocne gówno. To coś męczy, gnębi, wibruje raczej nie­przy­jem­nie, co można uznać za spory suk­ces, prze­cież muzyka Co jakoś wpływa na słu­cha­cza. „Verge” z łatwo­ścią osiąga poziom ostat­nich płyt Depeche Mode i Massive Attack — na pewno w kate­go­riach nudy i dłu­że­nia się nie jest gor­sza. Być może dorów­nuje „Sounds Of The Universe” i „Heligoland”, jeśli cho­dzi o pustość. Są płyty, które naj­le­piej brzmią po skrę­ce­niu gło­śno­ści do zera. Otóż naj­więk­szą, nie­ba­ga­telną zaletą dzieła Co pt. „Verge” jest to, że można ją wyłą­czyć. To już coś. Zamiast „Vergepro­po­nuję kupić jakieś wino, względ­nie bilet do zoo. Już wiosna!

Recenzja nie weszła do kwiet­nio­wego wyda­nia mie­sięcz­nika „Lampa” i już tak zostało.

Tagged: , ,
Posted in: recenzje