Kategoria: coś jak blog

Freddie Mercury (1946-1991)

Umarł 25 lat te­mu. Dla dzie­się­cio­lat­ka z blo­ku na obrze­ża­ch War­sza­wy, któ­rym wte­dy by­łem, to był szok. Hio­bo­wą wie­ść przy­nio­sło MTV, po­bie­głem z nią do przy­ja­cie­la z kla­sy; te­le­fo­ny sta­cjo­nar­ne mie­li nam przy­łą­czyć do­pie­ro za pa­rę lat. Scho­dy, win­da, do­mo­fon. „Już wie­sz?” „Wiem”. Czy­taj da­lej...

Lance Armstrong kłamał

W któ­rąś nie­dzie­lę oglą­da­łem mi­strzo­stwa świa­ta w ko­lar­stwie, wy­ścig szo­so­wy w Rich­mond w Wir­gi­nii. Rok te­mu wy­grał Mi­chał Kwiat­kow­ski, te­raz też dłu­go ko­le­dzy z dru­ży­ny cią­gnę­li go do przo­du, przy­je­chał ósmy. Pierw­szy był Pe­ter Sa­gan. Czy­taj da­lej...

Blade Runner i The Hunger

Z po­wo­du nie­daw­ne­go fe­lie­to­nu Woj­cie­cha Or­liń­skie­go obej­rza­łem „Bla­de Run­ne­ra”. Ude­rzy­ło mnie to, że to film bar­dzo bli­ski te­mu, któ­ry mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie na­krę­cił brat Ri­dleya Scot­ta - To­ny. Nie tyl­ko dzię­ki „pol­skie­mu” tłu­ma­cze­niu obu ty­tu­łów. U nas „The Hun­ger” zo­stał „Za­gad­ką nie­śmier­tel­no­ści”, a „Bla­de Run­ner” - „Łow­cą an­dro­idów”. Czy­taj da­lej...

Gdzie są twoje pieniądze

Mi­ni­ster Zdro­jew­ski przy­znał do­ta­cje na mu­zy­kę. Li­stę ty­ch, co do­sta­li i nie do­sta­li, wrzu­cił do in­ter­ne­tu.

Pa­rę zna­jo­my­ch or­ga­ni­za­cji i osób nie do­sta­ło pie­nię­dzy od mi­ni­ster­stwa. Mar­twię się ra­zem z ni­mi, ale wie­rzę, że po­ra­dzą so­bie bez tej for­sy i wyj­dzie im to na zdro­wie. Do­sta­ło ją za to spo­ro im­prez, któ­re pro­mu­ją nie pol­ską kul­tu­rę, le­cz za­gra­nicz­ną, i to prze­cho­dzo­ną. Sens fi­nan­so­wa­nia z pań­stwo­wej ka­sy Off Fe­sti­va­lu, któ­ry wy­da­je 600 ty­się­cy na za­pro­sze­nie nędz­ne­go (jak się oka­za­ło) My Blo­ody Va­len­ti­ne i wrę­cz bez­na­dziej­ny­ch Sma­shing Pump­kins, wi­dzą już chy­ba tyl­ko w mi­ni­ster­stwie. Ile dla Of­fa? 300 ty­się­cy. Za­pro­szą za to ze­spół o po­ło­wę gor­szy od MBV. A nie, prze­pra­szam, we­zmą jesz­cze for­sę od wo­je­wódz­twa i bę­dzie ca­cy.

To tyl­ko przy­kład. Na Off i tak się wy­bio­rę - z sen­ty­men­tu i po to, że­by obej­rzeć o 15.00 pol­skie ze­spo­ły, któ­re do­sta­ną gro­sze za swo­je kon­cer­ty. Cha­rak­te­ry­stycz­ne je­st to, że po­za ko­mer­cyj­ny­mi mo­lo­cha­mi sprze­da­ją­cy­mi kar­ne­ty idą­ce w set­ki zło­ty­ch pań­stwo pol­skie fi­nan­su­je za­tę­chłe, miesz­czań­skie im­prez­ki, cza­sem ze spon­so­ra­mi w po­sta­ci pań­stwo­wy­ch kon­cer­nów, gar­dzi zaś kul­tu­rą od­dol­ną, nie­kon­tro­lo­wa­ną, ta­nią i przede wszyst­kim mło­dą. Przed­kła­da nad nią prze­gni­łe fe­sti­wa­le jaz­zo­we (nie tyl­ko jaz­zo­we, ale sło­wo „jazz” je­st chy­ba naj­czę­ściej wy­stę­pu­ją­cym w mi­ni­ste­rial­nym do­ku­men­cie) od­wie­dza­ne rok w rok przez ten sam trze­ci gar­ni­tur mu­zy­ków za­gra­nicz­ny­ch. Mi­ło, że ta­cy do nas przy­jeż­dża­ją, ma­ją licz­ną wi­dow­nię, dla­cze­go jed­nak ich przy­jazd opła­cać z pań­stwo­wy­ch pie­nię­dzy? Wy­da­je się, że pie­nią­dze pol­ski­ch po­dat­ni­ków słu­żyć po­win­ny roz­wo­jo­wi ro­dzi­mej kul­tu­ry.

Trze­ba po­gra­tu­lo­wać Kra­kow­skie­mu Biu­ru Fe­sti­wa­lo­we­mu - zło­ży­ło dwa wnio­ski i na każ­dy do­sta­ło 600 ty­się­cy zło­ty­ch. Na pew­no przy­go­tu­je uda­ne im­pre­zy: fe­sti­wa­le Sa­crum Pro­fa­num i Mi­ste­ria Pas­cha­lia (trzy edy­cje). Uda się też fe­sti­wal Mu­zy­ka w Sta­rym Kra­ko­wie trwa­ją­cy w 2013 r. 17 dni - w 2014 im­pre­za otrzy­ma 300 ty­się­cy. Unso­und, nie tyl­ko kra­kow­ski, zbie­rze za­słu­żo­ne 350 ty­się­cy i prze­wi­du­ję, że znów wy­prze­da więk­szo­ść kon­cer­tów, je­śli nie wszyst­kie, bo ma or­ga­ni­za­to­rów z gło­wą na kar­ku, a nie tyl­ko z kie­sze­nia­mi bez dna.

Dla­cze­go tyl­ko Kra­ków? Za war­szaw­skie Sza­lo­ne Dni Mu­zy­ki (da­le­ce nie naj­cie­kaw­szą sto­łecz­ną im­pre­zę) za­pła­ci­my 200 ty­się­cy, ty­leż za cen­ne lu­bel­skie Ko­dy oraz cie­szą­cy się złą sła­wą wśród pol­ski­ch mu­zy­ków ka­to­wic­ki Ra­wa Blu­es. Prze­gląd Pio­sen­ki Ak­tor­skiej we Wro­cła­wiu je­st wart 350 ty­się­cy, w związ­ku z czym za je­dy­ne 140 zło­ty­ch moż­na obej­rzeć na nim wy­stęp Ru­fu­sa Wa­inw­ri­gh­ta, sfi­nan­so­wa­no też kon­cert ulu­bień­ca Wro­cła­wia L.U.C.-a (40 zło­ty­ch). Z dru­giej stro­ny - ka­to­wic­ki Ars Ca­me­ra­lis za­słu­żył w tym ro­ku na okrą­głe ze­ro. Cen­ne­mu łódz­kie­mu Fe­sti­wa­lo­wi Tan­sma­na przy­zna­no 300 ty­się­cy. Im­pre­za Pa­mię­taj­my o Osiec­kiej po­chło­nie 170 ty­się­cy, wpi­so­we dla mło­dy­ch ar­ty­stów bio­rą­cy­ch udział w kon­kur­sie to 35 zło­ty­ch. Na li­ście je­st też do­ść po­kracz­ny war­szaw­ski fe­sti­wal Ogro­dy Mu­zycz­ne. Trwał w ze­szłym ro­ku mie­siąc i ni­czym Fran­ken­ste­in skła­dał się z nie­pa­su­ją­cy­ch do sie­bie czę­ści: tro­chę mu­zy­ki li­tew­skiej (do­my­ślam się, że za pie­nią­dze li­tew­ski­ch part­ne­rów im­pre­zy), se­an­se fil­mo­we na cze­le z „Su­gar Ma­nem”, tro­chę eu­ro­pej­skiej ope­ry i ba­le­tu, mot­to z Mi­ło­sza plus naj­cie­kaw­sza z te­go wszyst­kie­go mu­zy­ka Lu­to­sław­skie­go - tyl­ko czte­ry kon­cer­ty. Or­ga­ni­zu­je to ta sa­ma eki­pa co Sza­lo­ne Dni Mu­zy­ki. Od mi­ni­stra: 150 ty­się­cy. Za co pła­ci­my? Wszyst­ko da się już przy­le­pić do wszyst­kie­go, fe­sti­wal mo­że trwać i trzy mie­sią­ce dzień w dzień. Po­szcze­gól­ne kon­cer­ty Ogro­dów Mu­zycz­ny­ch ma­ją sens. Ca­ła im­pre­za - nie.

Zwią­zek Pro­du­cen­tów Au­dio-Vi­deo ubie­gał się o do­fi­nan­so­wa­nie ga­li Fry­de­ry­ków w Sa­li Kon­gre­so­wej. Szczę­ście, że nie w ho­te­lu Fla­min­go w Las Ve­gas. Sta­rań ZPAV nie do­ce­nio­no. Jed­nak przy obec­nej po­li­ty­ce si­łę prze­bi­cia ma­ją tyl­ko naj­więk­sze z al­ter­na­tyw­ny­ch im­prez, te ści­śle ko­mer­cyj­ne. Ry­wa­li­zu­ją one o pie­nią­dze mi­ni­stra, o mo­je pie­nią­dze, z że­nu­ją­cy­mi fe­sti­wa­la­mi mi­zia­nia się po dup­cia­ch i z jed­no­ra­zo­wy­mi pro­jek­ta­mi stric­te ko­mer­cyj­ny­mi. Do­sta­ją od ni­ch mniej, ty­le sa­mo al­bo wca­le. Po­wta­rzam, mi­zia­nie się po dup­cia­ch nie je­st złe. Dla­cze­go jed­nak je do­fi­nan­so­wy­wać? Za ple­ca­mi ty­ch trzech grup li­de­rów zo­sta­ją naj­cen­niej­sze im­pre­zy śred­niej i ma­łej wiel­ko­ści.

Wy­mie­nię kil­ka im­prez, któ­re nie do­sta­ną w tym ro­ku nic. To fe­sti­wa­le, o któ­ry­ch w ostat­ni­ch la­ta­ch czy­ta­łem, sły­sza­łem bą­dź w ni­ch uczest­ni­czy­łem. Nie wszyst­kie są fan­ta­stycz­nie cie­ka­we, ale chciał­bym wie­dzieć, w czym są gor­sze od Of­fa, fe­sti­wa­lu Osiec­kiej, Ogro­dów al­bo So­pot Jazz Fe­sti­va­lu (100 ty­się­cy).

Skrzy­żo­wa­nie Kul­tur (10. edy­cja)
Ad Li­bi­tum
Au­dio Art
Eth­no Port
Fre­eForm
Trans­vi­zu­alia
Au­dio­ri­ver
Asym­me­try
Et­no­Ugór
Al­ter Spa­ce (czę­ść Open’era)
Se­ven Fe­sti­val Wę­go­rze­wo
Fran­co­pho­nic Fe­sti­val
Tau­ron No­wa Mu­zy­ka
Mó­zg Fe­sti­val (10. edy­cja)
So­un­de­dit
Ori­gi­nal So­ur­ce Up To Da­te
Ars Ca­me­ra­lis
Co­CArt
Li­fe Fe­sti­val Oświę­cim
LDZ Al­ter­na­ty­wa.
Błę­dy for­mal­ne uwa­li­ły Spa­ce­Fe­st (do­my­ślam się, że dziel­nie wal­czył­by o przed­ostat­nią po­zy­cję).

Fe­sti­val Slot Art ze­brał mniej punk­tów niż im­pre­za „‚Tu za­czę­ła się Pol­ska’ - Kon­cert Pla­ci­do Do­min­go z oka­zji ka­no­ni­za­cji Ja­na Paw­ła II i 1050-le­cia pol­skiej pań­stwo­wo­ści”. Se­rio.

Wy­da­je mi się, że to, co dziś (wczo­raj) prze­wa­li­ło się przez in­ter­ne­ty, to je­st „Po­wó­dź ognia. Mu­zycz­ne zde­rze­nie kul­tur”. Do­bra­noc. Nie­ch się nam wszyst­kim przy­śnią pie­nią­dze.

Niespo

Na sam ko­niec ro­ku 2013 al­bo po­czą­tek ko­lej­ne­go obej­rza­łem film, któ­ry po­przed­nio oglą­da­łem w ki­nie Wars na Ryn­ku No­we­go Mia­sta do­bre 15 lat te­mu, pew­nie 16. Po na­pi­sa­ch pa­dło zda­nie, któ­re­go wte­dy nie zro­zu­mia­łem, a te­raz już tak. W trak­cie na­pi­sów by­ła pio­sen­ka o tym, że po­przed­ni rok był nie­zły, że je­st na sa­mej gó­rze w dzie­siąt­ce naj­lep­szy­ch lat. Ja­koś nie mo­że mi to wyj­ść z gło­wy.

Kil­ka dni te­mu zda­rzy­ło się, że na­pi­sa­ła do mnie oso­ba, któ­rej nie wi­dzia­łem do­bre dzie­sięć lat. Wcze­śniej na­to­mia­st wi­dy­wa­li­śmy się bar­dzo czę­sto.

Zo­rien­to­wa­łem się, że mi­mo tej bli­sko­ści to by­ło tak daw­no, iż oso­ba ta pew­nie nie zdą­ży­ła do­wie­dzieć się o mo­ich pla­na­ch do­ty­czą­cy­ch pi­sa­nia, mo­że o mu­zy­ce. Wte­dy to jesz­cze na­wet nie by­ły pla­ny. Na pew­no nie do­wie­dzia­ła się o tym, że - w pew­nej mie­rze - te pla­ny się zre­ali­zo­wa­ły.

Po­je­dyn­czy rok mi­ja, koń­czy się w mo­jej obec­no­ści, w oknie wy­sta­wo­wym, nie po­zwa­la nie pa­mię­tać o swo­im odej­ściu. Już. Dzie­sięć lat mi­ja nie­po­strze­że­nie. Przy po­przed­niej ba­zie nie zo­sta­wi­li­śmy zna­ku; wstąż­ka za­wią­za­na na ga­łąz­ce daw­no prze­pa­dła; nikt nie za­pi­sał, któ­re­go dnia umó­wi­li­śmy się „za dzie­sięć lat na tej sa­mej ław­ce”. Wła­ści­wie głu­pio się przy­zna­wać do te­go, że ja­ko dzie­cia­ki ro­bi­li­śmy coś ta­kie­go. No ale aku­rat to się za­pa­mię­ta­ło.

Nie­zau­wa­żo­ny prze­sze­dł 10000. dzień two­je­go ży­cia. Jak wy­glą­da ty­po­wy pań­ski dzień? Ile lat za­ję­ło pa­nu doj­ście do te­go miej­sca, w któ­rym je­st pan dziś?

Dzie­sięć lat te­mu też cho­dzi­łem do ki­na, na pi­wo, z pew­ny­mi opo­ra­mi spo­ty­ka­łem się w więk­szy­ch gro­na­ch, nie lu­bi­łem du­ży­ch skle­pów ani tłu­mu. Po­dob­nie je­st też te­raz, co zna­czy, że pa­mięć na pew­no, jak to się mó­wi, pła­ta mi fi­gle, ro­bi sztucz­ki (czy­li po­pi­so­we nu­me­ry: od­bi­ja­nie pił­ki no­sem, otwie­ra­nie pi­wa okiem, sta­nie na rę­ka­ch). Przy­pusz­czam, że mniej cho­dzę i jesz­cze bar­dziej nie lu­bię tłu­mu.

Pa­mięć spra­wia za­pew­ne, że­bym miał spo­koj­ne su­mie­nie. Na­ukow­cy wie­dzą, dla­cze­go śni mi się X, a nie Y, wie­dzą, co ze mną bę­dzie, je­śli nie znaj­dę zgo­dy mię­dzy so­bą te­raz a so­bą wte­dy. Co­dzien­nie czu­ję się co­raz głup­szy i co­raz bar­dziej bez­u­ży­tecz­ny. Wte­dy by­łem prze­cież mą­drzej­szy, mia­łem więk­szą wie­dzę. Zna­la­złem przy po­rząd­ka­ch ja­kieś kla­sów­ki z hi­sto­rii, wie­dzia­łem spo­ro. Z dru­giej stro­ny to, co ro­bi­łem jesz­cze dwa, trzy la­ta te­mu wy­da­je mi się dziś na­iw­ne, de­cy­zje wte­dy pod­ję­te - nie­uza­sad­nio­ne.

Dzie­sięć lat te­mu nie mia­łem jesz­cze in­stynk­tu, że­by pi­sać, ile się da, zmu­sić się do re­gu­lar­no­ści, zna­leźć mo­ty­wa­cję. Na szczę­ście przy­szło to szyb­ko. Wcze­śniej, nie­ste­ty, roz­wi­ja­łem chy­ba głów­nie umie­jęt­no­ść mó­wie­nia o so­bie, szu­ka­łem słów świad­czą­cy­ch o mnie czy za mnie - dla­te­go że z tam­tą oso­bą wy­mie­nia­li­śmy mnó­stwo li­stów. Pra­wie na każ­de spo­tka­nie przy­no­si­li­śmy li­sty. To też po­mo­gło.

Już wte­dy, przed pi­sa­niem, lu­bi­łem brzmie­nie róż­ny­ch ję­zy­ków, ich śpiew­no­ść, ak­cent, me­lo­dia wy­da­wa­ły się stać po­nad zna­cze­niem. Sta­ra­łem się czy­tać do­brze na­pi­sa­ne książ­ki (z za­gra­nicz­ny­ch - po­rząd­ne prze­kła­dy; ku­po­wa­łem w Bi­blio­te­ce Na­ro­do­wej „Li­te­ra­tu­rę na Świe­cie”), ale pa­mię­tam po­czu­cie wsty­du, że idą mi one do­ść wol­no. Chcia­łem czy­tać szyb­ciej. No to mam. Pra­ca, w któ­rej wte­dy do­pie­ro za­czy­na­łem, spra­wi­ła, że dziś czy­ta­nie idzie mi jesz­cze chy­ba wol­niej. Wstyd nie mi­nął. Te­raz do­dat­ko­wo głu­pio pi­sać o „LnŚ”.

Słu­cham te­raz płyt, któ­re by­ły w tam­ty­ch la­ta­ch po­pu­lar­ne, sta­re Ma­nu Chao, on prze­cież skoń­czył się na Ma­no Ne­gra, mo­że do­brze, że to mnie tyl­ko mu­snę­ło. Je­st bar­dzo do­bry, wzru­sza­ją­cy, mi­mo że nie by­łem na kon­cer­cie w ha­li Me­ry. Te­raz wpi­sy­wa­łem ty­tuł ty­ch no­ta­tek i przy­po­mniał mi się utwór Alian­su. Też przed in­ter­ne­tem (mo­im in­ter­ne­tem) zdo­ła­łem do­trzeć do Ka­ra­te, pły­ta „Unso­lved”, coś zi­mo­we­go (bia­ła okład­ka) i nie­głu­pie­go, tak jak wte­dy.

Nie chciał­bym po­pa­dać w pa­pla­ni­nę o kon­kret­ny­ch pły­ta­ch, to in­dy­wi­du­al­na kwe­stia. Coś do­cie­ra do nas pią­te przez dzie­sią­te, coś sta­je się bli­skie - przy­pad­kiem. Ach, wró­cić do czy­ta­nia i pi­sa­nia „jak wte­dy”. Aj waj, zna­leźć pły­ty „zni­kąd”, tak do­bre jak tam­te. Pra­wie na­pi­sa­łem, że te rze­czy uda­wa­ły się na­tu­ral­nie, a te­raz trze­ba po­pra­co­wać nad tym, że­by mieć po­dob­ną sa­tys­fak­cję, po­dob­ne od­kry­cia. To chy­ba nie by­ła­by praw­da. In­ter­net wszyst­ko po­psuł? Pra­ca za­bra­ła wszyst­kie go­dzi­ny? Za­sy­pu­je mnie po ty­siąc­kroć wię­cej „ma­te­ria­łu”, pod­czas gdy cza­su je­st sto ra­zy mniej? Tak, ow­szem, ale dwie rę­ce, no­gi, oczy do pa­trze­nia...

Z płyt my­śli prze­ska­ku­ją na lu­dzi, pły­ty do­sta­je się od lu­dzi, pły­ty ko­pio­wa­ło się od lu­dzi. Czy kto­kol­wiek z naj­bliż­sze­go krę­gu wciąż w nim je­st? Nie. Sta­ram się mieć na oku kil­ka osób z daw­ny­ch lat, ale wie­le naj­bliż­szy­ch prze­pa­dło na amen. Pa­rę dni po tam­tej po­sta­ci sprzed jed­nej trze­ciej ży­cia ode­zwa­ła się in­na, co do któ­rej nie je­stem pe­wien, czy kie­dy­kol­wiek z nią na se­rio roz­ma­wia­łem, i te­raz wła­ści­wie nie wie­dzia­łem, dla­cze­go do mnie pi­sze po pię­ciu la­ta­ch. Nie zro­zu­mia­łem.

Le­piej się spo­tkać, niż pró­bo­wać się sko­mu­ni­ko­wać pi­smem? Przy­ja­ciel zna­la­zł sta­re na­gra­nia zro­bio­ne ka­me­rą, nie apa­ra­tem, nie wiem, czy chcę je obej­rzeć, ale chęt­nie spo­tkam je­go. Po­wspo­mi­na­my, jak by­li­śmy głu­pi. Dru­gi na­pi­sał, że pi­sze. Cie­ka­we, jak by o tym opo­wia­dał, czy nie za­wa­hał­by się? Wi­dzie­li­śmy się od tam­tej po­ry, ale nic nie mó­wił. Nie wsty­dzi się pi­sać i pi­sać o tym, ale mó­wić - już chy­ba tak (czyż­bym nad­mier­ne mu do­pie­przył?). Z na­stęp­nym po­szli­śmy od­wie­dzić sta­rą zna­jo­mą, pra­cu­je w zna­nym lo­ka­lu o pro­fi­lu kon­sump­cyj­nym. By­ła tro­chę za­wsty­dzo­na, tar­cza zgrzy­ta­ła o tar­czę, ale la­ta się gu­bi­ły, ja­koś to szło. Mo­że pój­dzie jesz­cze, wszyst­ko.

Rok 2013 - trochę gadania i lista płyt

Bar­dzo po­do­ba­ły mi się pod­su­mo­wa­nia ro­ku Ja­na Błasz­cza­ka (tro­chę za krót­kie opi­sy, za du­żo na­zw) i Mar­ka Fal­la (w punkt, choć kil­ku rze­czy za­bra­kło - jak za­wsze, gdy nie chce się wy­mie­niać dwu­stu ty­tu­łów). Sam chciał­bym na­pi­sać ta­kie pod­su­mo­wa­nie, gdy­bym umiał i oczy­wi­ście gdy­by ktoś mi za­pła­cił, by­ło­by to pod­su­mo­wa­nie nad pod­su­mo­wa­nia­mi, po­ku­sił­bym się na­wet pew­nie o pod­su­mo­wa­nie sze­re­gu in­ny­ch pod­su­mo­wań. Wy­tknął bra­ki, nad­uży­cia, błę­dy i to­wa­rzy­skie po­wią­za­nia. Ale nie mu­szę, za to mu­szę się spie­szyć, bo za­raz wy­jeż­dżam na urlop. Czy­taj da­lej...