Biff — Ano

Posted on 28/12/2009 by

2


Boże mój słodki, wię­cej hałasu było w tym roku chyba tylko o Paristetris. Biff — fan­ta­zyjny pro­jekt (prze­pra­szam, ale pełne zna­cze­nie tego słowa jest tu na miej­scu) połą­czo­nych z Pogodnem Ani Brachaczek i Fochmanna, do tego bar­dzo dobry basi­sta powyż­szej for­ma­cji Pfeiff oraz bęb­niarz Miczów Kozłowski (nie reży­ser fil­mowy). Produkcja: Marcin Bors. Jak ująłby to Maleńczuk, jest to zatem naj­now­sza pozy­cja kra­jo­wej supergrupy.

Mówi się, że jest to wydaw­nic­two sza­lone, kolo­rowe, skrzące się oraz eklek­tyczne, to się wszystko mniej wię­cej zga­dza, widoczna obok okładka jest jak naj­bar­dziej na miej­scu, tak jak było, dajmy na to, z „Ombreolą” Starych Singers. Dźwięki lecą boha­te­rom płyty na głowę, pla­sti­kowe kwiaty, dmu­chane zwie­rzęta, a oni z god­no­ścią pozują i poka­zują klasę. Tak, lawina, potop dźwię­ków, a pre­cy­zyj­niej — melo­dii. Aranżacje par­kie­towe („Adela”), bez­tro­sko popowe („Ślązak”), luzacko-narkotykowe („Nananana”), jest też bur­czący pomiot Debbie Harry i Billy’ego Idola („Sweety”). Zespół prze­biera w środ­kach, w uro­czy raczej spo­sób wędruje po sty­lach bez ładu i składu, jest to dość wia­ry­godne, ta pomy­słowa spon­ta­nicz­ność. Niestety fajne, dopra­co­wane, cie­płe brzmie­nie płyty nie współ­gra ze zróż­ni­co­waną sty­li­styką. Jest za ładne, zbyt wygła­skane. Luz wydaje mi się przez to wypo­cony, żart her­me­tyczny, a tzw. wkład wła­sny raczej nikły. Jest nim głów­nie przy­ku­wa­jąca uwagę woka­listka. Reszta to nic nowego — fajne kawałki, dobry puls, ale gene­ral­nie siódmy odrzut poma­rań­czy eks­por­to­wa­nych przez Mitch & Mitch.

Z dzia­łal­no­ści Ani Brachaczek na tej pły­cie wynio­słem głów­nie tyle, że umie śpie­wać i się bar­dzo stara, ma coś w rodzaju ADHD, gdy stoi przed mikro­fo­nem. Drażni mnie, ale jest naj­bar­dziej natu­ral­nym ele­men­tem płyty, orga­ni­zuje te pio­senki wokół sie­bie. Działa, jakby ude­rzał ją pio­run, ma doj­mu­jące uczu­cie wol­no­ści, które musi koniecz­nie prze­ka­zać światu — tysiąc spo­so­bów śpie­wa­nia i z żadnego nie zre­zy­gnuje. Wewnętrzny, przy­jemny przymus.

Tekstowo (kolek­tywna robota) mam takie coś na przy­kład, że nie wiem, o czym ta kobieta gada. To nie jest złe, to jest po pro­stu. Na przy­kład za wystar­cza­jąco istotny zespół uznał tekst: „nie­miec­kie piwo piją Niemcy, fran­cu­ska miłość tylko dla Francuzów, pol­skie roboty leczą [przy­da­łoby się słowo „tylko”, bez niego się gubię — JŚ] pol­skie dzieci, a mnie od tego boli głowa”. No i? Przez wszyst­kie zwrotki Brachaczek boli głowa („Kokoszone”), a mi się tego nie chce słu­chać już przy pierw­szej z nich. Cóż, to, że komik świet­nie się bawi przy pisa­niu pro­gramu, nie zna­czy jesz­cze, że publicz­ność na jego wystę­pie umrze ze śmie­chu. Fajnym kawał­kiem jest „Ślązak” (dostępny na myspace) z namol­nym refre­nem: „Zatruj [mnie] jak Ślązaka jodem, gdy z Chorzowa samo­cho­dem jedzie latem do Darłowa”. Intensywność i namol­ność OK, kolejne etapy dopra­co­wa­nego do gra­nic moż­li­wo­ści kawałka OK, ale powyż­sze słowa budzą wzru­sze­nie — ramion. Ani śmieszne, ani głu­pie. Pusty przebieg.

Takich wypad­ków zda­rzyło się na „Ano” wię­cej. Jeśli jed­nak ktoś jest mniej wraż­liwy na war­stwę słowną, a ma smutne i stre­su­jące życie, potrze­buje wytchnie­nia i łaknie relaksu — to Biff na pewno zrobi mu róż­nicę, a może nawet śniadanie.

myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje