Wśród wiel­bi­cie­li pun­ka, hardcore’u i noise’u Warszawa ma reno­mę mia­sta sły­ną­ce­go z nie­za­leż­nych zespo­łów, któ­re roz­pa­da­ją się, zanim na dobre zaczną funk­cjo­no­wać. Bastard Disco wyko­nu­je muzy­kę ide­al­nie pasu­ją­cą do tej wid­mo­wej sce­ny, ale lepiej brzmią­cą.

W tym kon­tek­ście wypa­da się chwy­cić zda­nia, któ­re woka­li­sta Yury Kasyanenko wykrzy­ku­je w „Canvas”: „You’ll see much more”. Przy tak wyso­kim pozio­mie debiu­tanc­kiej pły­ty to musi mieć kon­ty­nu­ację. Wysoki głos Kasyanenki nie­zu­peł­nie pasu­je do ostrej muzy­ki Bastard Disco, ale tym lepiej dla muzy­ki – odej­mu­je jej to tro­chę cię­ża­ru, doda­je roz­ma­rze­nia. Kasyanenko przy­po­mi­na tro­chę bar­wą Kubę Ziołka z cza­sów, gdy jesz­cze spo­ro śpie­wał, np. w Turnip Farm czy Starej Rzece. Wokal Yury’ego jest tak wmik­so­wa­ny w nagra­nie, żeby nie domi­no­wał instru­men­tów. Dobra, ame­ry­kań­ska szko­ła.

Zacząłem od wymie­nie­nia kil­ku gatun­ków, żeby naświe­tlić spra­wę: Bastard Disco wygry­wa­ją na tym, że two­rzą muzy­kę bez gra­nic, niczym kie­dyś Fugazi, Big Black albo nasze Something Like Elvis. Gatunki to dru­go­rzęd­na spra­wa, jeśli dzie­je się rock and roll w sen­sie zespo­ło­we­go wale­nia w instru­men­ty i szu­ka­nia nowych tery­to­riów. „Warsaw Wasted Youth” daje kopa, jest w nim – zgod­nie z tytu­łem – cha­otycz­ność i nie­pew­ność debiu­tan­tów.

Bastard Disco gra­ją szyb­ko lub wol­no, z potęż­nym basem i luzac­ką prze­ste­ro­wa­ną gita­rą bez tłu­mie­nia, z bęb­na­mi dzia­ła­ją­cy­mi na zasa­dzie serii krót­kich eks­plo­zji. Równie istot­ną czę­ścią ich brzmie­nia jak luz czy gro­ove jest melo­dyj­ność. Obok pio­se­nek duże wra­że­nie robi ostat­ni, bli­sko ośmio­mi­nu­to­wy utwór „Into The Void” (nie jest to cover Black Sabbath), któ­ry rośnie i zmie­nia się z minu­ty na minu­tę, z uży­ciem chy­ba nie tyl­ko ana­lo­go­wych efek­tów.

Teksty Kasyanenki mogą być bła­he, jak „Medicine”, w któ­rym zja­wia­ją się Frank Sinatra, papież oraz oku­la­ry w kształ­cie serc, albo „1st of March on Emilii Plater St”, gdzie tek­ściarz obser­wa­tor widzi odwró­co­ną tyłem figu­rę Chrystusa, pro­sty­tut­kę i sprze­daw­cę tuli­pa­nów. Ale jest też poważ­niej, choć meta­fo­rycz­nie: glo­bal­ne ocie­ple­nie („Global Warming”) roz­ta­pia lodo­wą koro­nę samot­nej kró­lo­wej – może mia­sta, może góry, może pla­ne­ty. Motyw samot­nej podró­ży, raczej przez życie niż prze­strzeń, wra­ca w „Mourning” i we wspo­mnia­nym „Into The Void”. Jest więc bez napin­ki, oso­bi­ście i emo­cjo­nal­nie. Kości, duchy i Bóg to nie­oczy­wi­ste tema­ty w takiej posthardcore’owej, noise’owej muzy­ce. Wierzę w Bastard Disco.

Tekst uka­zał się 27/2/17 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz