Bu­dyń na­uczył się grać na sak­so­fo­nie, tak sły­sza­łem, za­nim jesz­cze do­wie­dzia­łem się, do cze­go do­kład­nie mu ten sak­so­fon bę­dzie po­trzeb­ny. Sta­chu­ra na sak­so­fo­nie, ta­ka za­po­wiedź bu­dzi drgnie­nie co naj­mniej po­wiek. By­le nie grał na aku­sty­ku i nie roz­pa­lał ogni­ska.

Na dru­gą no­gę Baj­zel, so­lo­wa ma­szy­na kon­cer­to­wa, oso­bo­wość, gi­ta­rzy­sta, ba­si­sta, czło­wiek wszyst­ko. Sko­ro jed­nak zmie­ści­li się obaj w Po­god­no, by­ła szan­sa, że nie bę­dą so­bie prze­szka­dzać tak­że w no­wym wspól­nym ze­spo­le Ba­Bu Król. Któ­ry to ze­spół do­dat­ko­wo nie po­trze­bo­wał wła­snych tek­stów, bo za­jął się tek­sta­mi Edwar­da Sta­chu­ry, zmar­łe­go pra­wie 33 la­ta te­mu po­ety.

Sta­chu­ra ty­le pi­sał, co wę­dro­wał. Je­go wier­sze i pio­sen­ki z cza­sem prze­ję­li wzru­sze­ni mło­dzień­cy z gór i wiecz­ny jest z tym kło­pot, że­by je im od­bić i przy­wró­cić im chwa­łę i cześć. Od lat zda­rza­ją się ko­lej­ne pró­by. Baj­zel i Bu­dyń zgod­nie z ty­tu­łem swo­jej pły­ty wy­ko­nu­ją po­dej­ście akro­ba­tycz­ne - da­ją spo­kój z pio­sen­ka­mi, bio­rą sa­me wier­sze. Da­ją im no­wą opra­wę mu­zycz­ną, zgod­nie z wła­snym tem­pe­ra­men­tem. „Bia­ła lo­ko­mo­ty­wa” w ich wy­ko­na­niu to zu­peł­nie in­na baj­ka niż ory­gi­nał. „Skąd wzię­ła się w kra­inie śmier­ci” - o nie, Ba­Bu Król śpie­wa­ją to tak, jak­by daw­no już wy­rwa­ła ich z kra­iny śmier­ci. Wy­da­je się, że ten utwór, na pły­cie ostat­ni, jest tu naj­waż­niej­szy - bar­dzo zmie­nio­ny, ener­ge­tycz­ny i pod­kre­śla­ją­cy mo­tyw ru­chu, wę­drów­ki. Aran­ża­cja Ba­Bu Kró­la spra­wia, że ca­łym cia­łem od­czu­wam ucie­ka­ją­cą wstę­gę szos. Do­wia­du­ję się, że ar­ty­ści zde­cy­do­wa­li się na Sta­chu­rę mię­dzy in­ny­mi ze wzglę­du na ty­sią­ce ki­lo­me­trów, któ­re na­bi­li w tra­sach kon­cer­to­wych po ca­łej Pol­sce. Wiecz­nie w tra­sie, jak on był w tra­sie. Po­do­ba im się ten stan, lu­bią tę ja­kość po­ezji Sta­chu­ry.

Bu­dyń to jed­na z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych po­sta­ci w pol­skim roc­ku. Bar­dzo efek­tow­ny sce­nicz­nie, ła­two roz­po­zna­wal­ny po gło­sie i spo­so­bie śpie­wa­nia, Sta­chu­rę so­bie pod­po­rząd­ko­wał, jak chciał. Jed­na z naj­bar­dziej zna­nych pio­se­nek - „Nie bro­okliń­ski most”, jest zro­bio­na dy­na­micz­nie, moc­no, tro­chę jak Ka­zik na Ży­wo, z gi­ta­rą imi­tu­ją­cą skre­czo­wa­nie. W dwóch trze­cich wcho­dzi zu­peł­nie in­ny pa­tent. Od słów: „Bę­dzie­my smu­cić się sta­ran­nie / bę­dzie­my sza­leć nie­na­gan­nie / bę­dzie­my na­przód nie­sły­cha­nie / ku po­la­nie” słu­cha­my aku­stycz­ne­go, dwu­gi­ta­ro­we­go pod­kła­du. Bi­tel­sow­sko - czu­le i kwa­śno.

Chy­ba naj­lep­szy frag­ment al­bu­mu przy­cho­dzi, gdy po tym sied­mio­mi­nu­to­wym „Nie bro­okliń­skim” za­czy­na się na­stęp­ne coś. To jest „Czło­wiek czło­wie­ko­wi”, ko­lej­ny ostry nu­mer, glam­roc­ko­wy, noise’owy, i cze­ka­my już tyl­ko, zga­du­je­my, jak de­li­kat­ne i lek­kie bę­dzie przej­ście czy dru­ga część. A tu fi­ga, ten ja­zgo­tli­wy i prze­ste­ro­wa­ny czad („z bliź­nim się moż­na za­bliź­nić”) po nie­ca­łych trzech mi­nu­tach się koń­czy. Dez­orien­ta­cja. I po niej jesz­cze je­den ob­rót, jesz­cze za­sko­cze­nie: przed­sta­wio­na na ner­wo­wym ba­sie i mi­krym bi­cie „Bój­ka w L.” - we­ster­no­wy kli­mat, coś, co mo­gli­by na­grać Fisz ra­zem z Kim No­wak (mie­li po­dob­ny utwór „Spa­cer”; głos Bu­dy­nia pa­so­wał­by tam, Fi­sza tu, i każ­dy by wy­grał) al­bo Ko­dym z Ap­te­ką. Ar­ty­ści wcho­dzą już na ta­kie po­zio­my, że naj­póź­niej w tym mo­men­cie pły­ty trze­ba po­wie­dzieć: „O sku­ba­ny Sta­chu­ra je­den!”. Bo mu­zycz­ne re­jo­ny Bu­dy­nia i Baj­zla to my zna­my. Nie za­trud­ni­li Sin­fo­nii Var­so­vii. Za to usły­szeć Sta­chu­rę w nie­oczy­wi­stych, ob­ra­zo­wych wer­sjach, tak uro­czy­ście i bez­względ­nie go wy­rzu­ca­ją­cych z ro­li, w któ­rej jest przez wszyst­kich ko­ja­rzo­ny, pa­mię­ta­ny... jest mi­ło.

Przy­ja­ciel ze­spo­łu An­drzej Woj­ta­sik prze­tłu­ma­czył Sta­chu­rę, dzię­ki cze­mu pły­ta ma się uka­zać w wer­sji an­giel­skiej - bę­dzie ona do­stęp­na w in­ter­ne­cie.

Tekst uka­zał się w „Lam­pie”, nr 5-6/2012

Dodaj komentarz