Armia — Freak

Posted on 18/01/2010 by

0


Najpierw ona mi powie­działa, że ma dwie wia­do­mo­ści dobrą i złą. Przechylając się przez bar. To którą chcę naj­pierw. Ja mówię, że dobrą. To ona mi powie­działa, że podobno Brylewski znowu jest w Armii. Ja mówię, że skąd wie, a ona, że sły­szała. To mówię, że wtedy złą. To ona wyjęła wal­tor­nię i mi powie­działa, że Budzy teraz śpiewa po angielsku.

Wtedy mi się jest już trudno powstrzy­mać, choć bar­dzo usi­łuję nie napi­sać recen­zji przed odsłu­cha­niem srebr­nego dysku. Ale już mimo sta­rań, usi­ło­wań, zaczy­nam roz­glą­dać się i widzę w skła­dzie orkie­stry dwa­na­ście osób oraz zarówno Roberta Friedricha, który to nagry­wał i mik­so­wał. Fakju, tak to ja się nie bawię – mówię pod nosem i patrzę, co tam sły­chać z gło­śnika. A tam istna sodo­mia, gomo­ria, syf, mala­ria, umór. O tak! Bęben sam w sobie poska­kany, powa­rio­wany. Ból w bańce. Dwa sak­so­fony toczą się przez otwie­racz „Home” niczym po równi pochy­łej. Wzdłuż i wszerz. Trzy gitary kolo­rowe, roze­dr­gane, każda inna, Frantz, Klimczak i Brylewski, sypiące ono­mat­ko­pe­icz­nym dźwię­kiem jak grad i śnieg, opady pogo­dowe na poszcze­gólne utwory grupy. Akordeon, korg, trąbka. A naj­lep­sze to jest, że się te instru­menty tak razem zga­dzają, komi­tywa jest i ustę­pują jak mądry głu­piemu, i jest miej­sce, prze­strzeń, hory­zont. A jak momenty przy­cho­dzą, że otwiera się jak gdyby strefa ciszy, to wtedy ja też wypoczywam.

Nie będę ściem­niał za dużo, przejdę od razu do rze­czy klu­czo­wej, o którą głów­nie prze­cież cho­dziło od samego początku, czyli o Tomasza nucą­cego pieśń w języku barda angiel­skiego Szekspira. Otóż to wyszło zaje­bi­ście, otwo­rzyło przed zespo­łem nowe prze­stwo­rze moż­li­wo­ści oraz marzeń. Niewiele ze strony Toma lini­jek, nie­wiele roz­mowy. No i pro­szę babo pla­cek – rewe­la­cja. A w sen­sie rytmu i inten­syw­no­ści, takiego natar­czy­wego nawet napie­ra­nia, „Freak” pul­suje tak cudow­nie, że pęka mi bańka i może zaraz już nie będę żył. Zespół rasowo jedzie po mnie niczym po burej suce i przy­znać muszę bez bicia, że cho­ciaż jak­kol­wiek nie lubię maso­chi­zmu i prze­waż­nie odgarnę moc­niej, jak ktoś mi coś powie, no to teraz z mojej strony to kupuję, biorę. Dopiero na sam koniec („The Other Side”) w peł­nej kra­sie zja­wia się Brylewski jako kom­po­zy­tor, dyry­gent, nawet daje głos, i niniej­szym robi się jesz­cze bar­dziej tajem­nie, rodzin­nie i bucząco. W sam raz bur­czy wszystko zło­wiesz­czo, ale pozy­tyw­nie. Swans nie zacią­gnęli się do Armii, ale i tak pro­gres jest ude­rza­jący w wielką nutę.

Czyli pozy­tywka gra, wszystko w porzo, ele­gancki powrót ze świata umar­łych („Proces”) do świata żywych i gada­ją­cych, powrót, co by nie, w wiel­kim zatrwa­ża­ją­cym stylu, fan­fary, wujek Brylu postawi na nogi umarłego.

(recen­zja pocho­dzi z ser­wisu Polskiego Radia, który warto przej­rzeć; a przy­tła­cza­jąca więk­szość zdań z Doroty Masłowskiej „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”)

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje