Dali się poznać na licz­nych epkach i dar­mo­wej skła­dan­ce „Daleko od szo­sy”. Anteny, trio z Gorzowa, zapre­zen­to­wa­ło pierw­szą swo­ją pły­tę dostęp­ną w ogól­no­pol­skiej dys­try­bu­cji, a pią­tą w ogó­le. Jest to rzecz, na któ­rej sły­chać spo­ro muzy­ki bli­skiej roc­ko­wi czy wywo­dzą­cej się z nie­go, ale nie­wie­le jest roc­ka same­go w sobie, tra­dy­cyj­ne­go. Efekt inte­re­su­ją­cy.

anteny-adrrLiderem ist­nie­ją­cych od 2003 r. Anten jest Bartosz Matuszewski - tek­ściarz, woka­li­sta i gita­rzy­sta wspie­ra­ją­cy się syn­te­za­to­ra­mi. Pomaga mu sek­cja ryt­micz­na. Kiedyś pew­nie gra­li bli­żej roc­ka, teraz syn­te­tycz­ne brzmie­nia gita­ry, oszczęd­ny bit i licz­ne pogło­sy skła­da­ją się na bar­dzo chłod­ną muzy­kę. Jest to też być może jakiś spo­sób na nie­do­sta­tek zapa­da­ją­cych w pamięć, chwy­tli­wych linii wokal­nych. Matuszewski śpie­wa mono­ton­nie, jak­by prze­ciw roc­ko­wi, prze­ciw pio­sen­ce.

W tek­stach woka­li­sta odtwa­rza czy wywo­łu­je tzw. momen­ty w taki spo­sób: „Szybki oddech cie­płej nocy / wśród otwar­tych okien / zapach lata, kro­ple potu / deli­kat­ny powiew (...) cięż­ki księ­życ pło­nie nad hory­zon­tem / zwia­stu­je koniec / sta­pia­my się tyl­ko na moment”. Intrygująco, szki­co­wo, ale gdy wziąć pod uwa­gę asce­tycz­ną war­stwę muzycz­ną, to jed­nak tekst jest moc­no poetyc­ki.

Większa część pio­se­nek to dłu­gie, roz­wi­ja­ją­ce się struk­tu­ry („Stały punkt prze­lo­tu”) momen­ta­mi brzmią­ce nad wyraz poważ­nie, zwłasz­cza w połą­cze­niu ze spo­so­bem śpie­wa­nia. Dobierane pro­gre­sje akor­dów są dale­kie od sztam­py, ryt­my uroz­ma­ico­ne. Uwagę zwra­ca „Rosa”, w któ­rej gita­ra prze­gry­za się przez gra­ją­cy w innym ryt­mie syn­te­za­tor, a pod­sta­wą jej „dub­ste­po­wy” bas. Mocnym punk­tem albu­mu jest też utwór tytu­ło­wy, nie­mal czy­sty spa­ce rock - moto­rycz­ny, inten­syw­ny, nie­ustę­pli­wy. Całość pły­ty jest inna, Anteny uni­ka­ją popa­da­nia w trans. Zapamiętywanie się w rąba­niu nawet naj­cie­kaw­sze­go moty­wu ich nie raj­cu­je.

Niczym na albu­mie zespo­łu roc­ko­we­go z lat 90., na „Armii drzew” jest intro, outro, dwie kró­ciut­kie „for­my”, coś w rodza­ju żar­tu, któ­re być może mia­ły zdjąć cię­żar z poważ­nej wymo­wy całej pły­ty. Brakuje tyl­ko wkład­ki z tek­sta­mi, żeby było tak jak kie­dyś. Zdolni muzy­cy nagra­li nie­zły album - mam tyl­ko poczu­cie, że zabra­kło im tro­chę dystan­su do sie­bie. Piętrzą się kolej­ne utwo­ry, ale po pew­nym cza­sie pomysł na muzy­kę Anten zaczy­na nużyć. 46 minut to bar­dzo dużo. Może w „Armii drzew” cho­dzi o rodzaj zakrzy­wie­nia cza­su, oszu­ka­nia zegar­ka?

Tekst uka­zał się 28/3/14 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz