Andruchowycz i Karbido — Cynamon (z dodatkiem Indii)

Posted on 15/03/2010 by

2


Największe lite­rac­kie nazwi­sko Ukrainy prze­łomu XX i XXI wieku znowu nagrywa. Druga część try­lo­gii „Samogon” — „Cynamon” — „Absynt” Jurija Andruchowycza i Karbido muzycz­nie odwo­łuje się do psy­cho­de­lii, elek­tro­niki i postrocka. Zespół sieje nie­po­kój, pogłosy, słowa poety wywo­łują dzi­wa­dła, mary, kar­mią wyobraź­nię miej­ską legendą i groź­nym „nie mogę zasnąć, nie mogę się obu­dzić”. Oprócz samego „Cynamonu” są jesz­cze „Indie” — dołą­czony do albumu na płytce mini-CD pię­cio­czę­ściowy utwór, 20 minut podróży do ziemi nie­zna­nej. Dla nie­na­sy­co­nych daniem głów­nym w sam raz.

Autor „Rekreacji” w tek­stach „Cynamonu” buduje mgli­sty, nie­do­świe­tlony świat jak z Schulza – pre­miera muzycz­nych szki­ców do tej płyty miała wszak pre­mierę na Festiwalu Twórczości Brunona Schulza w Drohobyczu w 2008 roku. Postaci dzi­wa­ków w pierw­szych utwo­rach („Wolf Messing”, „Pani Kapitanowa”, „Stary Olejnik”, „Doktor Dutka”) zalud­niają cia­sne ulice zapo­mnia­nych, zasy­pa­nych śnie­giem gali­cyj­skich mia­ste­czek, które znają trzech Józefów „na stołku cesa­rza” — Franza Josepha, Piłsudskiego i Stalina. Post i zbrod­nia, modli­twa i śmierć to tutaj chleb powsze­dni. Krew leje się stru­mie­niami, żelazko wbija się w czoło („Hazard”), gołę­bie miesz­kają w gło­wie („Wolf Messing”). „Godnie skoń­czył szlak życia mój syn / to szczę­ście takiego mieć syna” — powiada Andruchowycz („Mafia”). W innym miej­scu zostaje przy­wo­łany Bohdan Ihor Antonycz, Łemko, mię­dzy­wo­jenny poeta życia, przy­rody i malar­stwa, który zapi­sy­wał sny wier­szem — jego wers jest mot­tem do „Podziemnego zoo”. Tutaj pod­kład jak w otwie­ra­ją­cym płytę „Wolfie Messingu” zaczyna się od tere­no­wych nagrań odgło­sów zwie­rząt. Niespiesznie pod recy­ta­cję wkra­dają się psy­cho­de­liczne, syn­te­tyczne dźwięki, roz­ma­zane w pogło­sach zgrzyty. Na tym tle wier­sze Andruchowycza o samot­no­ści i obco­ści — bo dziw­ność, bo sny i przy­wi­dze­nia — i jak we śnie fascy­nu­jące jest w nich eks­plo­ro­wa­nie prze­strzeni nie­czy­tel­nych, zapo­mnia­nych, zama­za­nych („Zmiana deko­ra­cji”). Niepokój daje adre­na­linę — całej płycie.

Centralnym punk­tem „Cynamonu” jest „Tango Biała róża” („Tango Biła tro­janda”), śpie­wany po ukra­iń­sku utwór, w któ­rym zespół bra­wu­rowo wycho­dzi na pierw­szy plan. W innych gra powścią­gli­wie, choć pew­nie, zawo­dowo — jak Janerka lub Zidane, co jakiś czas rzu­ca­jąc frazę w swoim nie­po­wta­rzal­nym języku, zagrywkę zgoła nie­ocze­ki­waną. Gęsta, nasy­cona muzyka jest jak dobre wytrawne wino krwi­sta i głę­boka. Transowy pod­kład Karbido stop­niowo prze­bija się przez głos Andruchowycza w waż­nym, zamy­ka­ją­cym płytę utwo­rze „Swój ślad wio­sna kła­dła, gdzie tylko się da”. Poeta z pasją wypluwa słowa ukła­da­jące się w lubianą przez niego post­mo­der­ni­styczną lita­nię. Jest jak pro­rok, sza­man, ale stop­niowo ten głos zostaje stłu­miony przez usta­wiony na ener­gicz­nym ryt­mie hałas zespołu. Gdy dociera on do apo­geum, urywa się, nastę­puje zakoń­cze­nie jak lustrzane odbi­cie pierw­szej czę­ści — samotny głos ginie w elek­trycz­no­ści, prze­ste­ro­wany i coraz cich­szy. Koniec. Bramkowy remis wokalu z muzyką. Spotkanie na szczę­ście można powtórzyć.

Recenzja pocho­dzi z mie­sięcz­nika „Lampa”, nr 1–2/2010

strona Karbido, myspace

Posted in: recenzje